Poszukujemy - Odkrywamy

Poszukujemy - Odkrywamy

wtorek, 26 listopada 2019

Ukrycie w Sowiej Dolinie


List do Redakcji był trochę chaotyczny:
„Przez przypadek zostałem wciągnięty w te sprawy (poszukiwań – przyp. Red) przez nieżyjącego już kolegę, z którym pracowałem w kopalni węgla. Pan ten dysponował odręcznymi notatkami i planami dotyczącymi ukrywania kosztowności przez Niemców. (…) Posiadam część odpisów tamtej dokumentacji oraz informacje gdzie i czego szukać”.


Oczywiście odpisaliśmy na list i niebawem w naszej redakcji pojawił się pan Andrzej B. ze Zduńskiej Woli. Niewysoki, suchotyczny, górniczy rencista. Pracował w kilku kopalniach na Śląsku, a w latach siedemdziesiątych przeniesiono go do kopalni Boryna w Jastrzębiu. Dostał mieszkanie na stancji, a nie w hotelu robotniczym; mieszkali tam we dwóch. Po pół roku pan Andrzej zauważył, że jego kolega wydaje wyraźnie więcej niż zarabia. Kiedy pewnego dnia wrócił do domu wcześniej niż zwykle zauważył, że współlokator jest ogromnie zmieszany i czyści szczotką na taborecie metalową kostkę. Kostka była długa na około dwudziestu centymetrów i na wyczyszczonej części pojawiał się napis „Bank”. Sztabka został pocięta na części, które były sukcesywnie sprzedawane jubilerom, aż wszystkie zarobione w ten sposób pieniądze zostały wydane.

Wówczas kolega zaproponował panu Andrzejowi, by udali się wspólnie po następną. Do Jeleniej Góry pojechali osobnymi pociągami, a stamtąd do Karpacza. Poszli do Sowiej Doliny. Około dwustu metrów od granicy Parku Narodowego znajdowała się stara pokopalniana sztolnia – po pół godzinie kolega pojawił się na zewnątrz i w plecaku miał kilka sztabek i kielich wysadzany drogimi kamieniami.


Tak więc życie górników ponownie stało się kolorowe, ale po trzech tygodniach, akurat pod nieobecność pana Andrzeja, na kwaterze pojawili się jacyś smutni panowie i ją przeszukali, a dzień później także i milicja z informacją, że kolega pana Andrzeja wpadł pod samochód i nie żyje.
Po ciało przyjechała mama kolegi – nazywał się Leszek Zych lub Sych. Pytała o… dokumenty i plany, jakie jej syn miał posiadać. Pan Andrzej udawał zdziwionego, ale kilka nich, które wcześniej znalazł, skopiował i schował przezornie koło śmietnika.

Minęły lata. Po skompletowaniu ekipy oczekiwaliśmy na pana Andrzeja na dworcu we Wrocławiu. Po drodze do Karpacza powtarzał opisane wcześniej fakty, a po stromych stokach biegał jak kozica szukając sztolni o których mówił. Bez skutku – istniejące i dostępne przebadała nasza ekipa, konstatując, że to zapewne nie te, skoro nie odpowiadają szkicom.
Skonfudowani i rozczarowani powróciliśmy do Wrocławia, ale po kilku tygodniach pan Andrzej pojawił się znowu, sugerując, że sprawę przemyślał i teraz już na pewno trafi. To było jednak tylko jego zdanie, ponowna wyprawa do Sowiej Doliny ponownie nie przyniosła efektów.


I w zasadzie można by rewelacje Andrzeja B. uznać za kolejne bajania poszukiwaczy skarbów, gdyby nie notatka prasowa z Gazety wyborczej  z 3 marca 2002.r. Otóż na wniosek polskich ornitologów mieszkających w Niemczech (dr Eugeniusza Nowaka) niemieckie Ministerstwo Ochrony Środowiska i Fundusz Ochrony Środowiska Brandenburgii wydzieliło środki na to, by saperzy Bundeswehry wraz z saperami polskimi zakratowali 16 sztolni i bunkrów na terenie Niemiec i Polski, po to, by nietoperze nie były zimą nękane. Zakratowano wówczas także sztolnie w Sowiej Dolinie. Jak relacjonowali świadkowie: ”Widok był niesamowity: do sztolni wjeżdżał konwój kilku wojskowych ciężarówek i samochodów terenowych, wchodzili saperzy objuczenie agregatami spawalniczymi”.

Od tego czasu nietoperze mogą spać spokojnie. Pan Andrzej B. już teraz też.

(Więcej szczegółów w książce Bogusław Wróbla „Nieznane tajemnice III Rzeszy na Dolnym Śląsku)

Na zdjęciach:
- Andrzej B. ze swoimi notatkami
- Jeden ze szkiców wskazujących na ukrycie
- Badanie sztolni w Sowiej Dolinie