Poszukujemy - Odkrywamy

Poszukujemy - Odkrywamy

wtorek, 31 grudnia 2019

Na początek...

Blog  Exploratora będzie raczej nietypowy.
Co jakiś czas pojawią się bowiem na nim informacje, które trafiły do redakcyjnego archiwum, ale z różnych przyczyn nasze zespoły badawcze już raczej nimi nie będą się zajmować.

Eksploracją zajmujemy się bowiem od wielu już lat, za nami setki przeróżnych przygód, spotkań i wyjazdów w teren i teraz, jak określił to obrazowo jeden z kolegów, jeżeli za tematem nie przemawiają sensowne dokumenty, to naszych szanownych czterech liter do samochodu, w celu weryfikacji, pakować już raczej nie będziemy.

Poza tym swego czasu Marek Dudziak, założyciel magazynu „Odkrywca”, zwrócił nam uwagę, że jest chyba lepiej kiedy temat „żyje” niż kiedy dogorywa na dnie archiwalnej szuflady…



I jeszcze kilka uwag: 
  • z oczywistych przyczyn musimy utajniać (RODO) nazwiska informatorów,
  • nie interesują nas opinie, czy ktoś uważa zdobyte przez nas informacje za prawdziwe czy nie,
  • jeżeli ktoś chce dołączyć do zabawy prosimy o kontakt mailowy: explorer@ant.biz.pl; podeślemy temat do opracowania (oczywiście inny niż te z bloga), a później zaprosimy do naszej piaskownicy.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Skarb generała Samsonowa


Aleksanader Wasiliewicz Samsonow dowodził w czasie I wojny światowej II Armią Rosyjską „Narew”, atakującą Prusy Wschodnie. Wojska niemieckie, dowodzone przez generałów Paula von Hindenburga i Ericha Ludendorfa 29 sierpnia 1914 r. otoczyły siły Samsonowa pod Tannenbergiem. General Samsonow próbował co prawda wyrwać się z okrążenia, lecz powiodło się to jedynie nieznacznej części 150 – tysięcznej armii (uratował się ok. 10 tyś. żołnierzy).

W ówczesnym wojsku, dla utrzymania morale, żołd wypłacany był dosyć często – nawet co tydzień. W związku z tym poszczególne jednostki wojskowe musiały wozić ze sobą spore sumy pieniędzy, czyli złotych, srebrnych i papierowych rubli. Kasy były przewożone w jaszczach dwuosiowych, podobnych do artyleryjskich. Przejęte przez Niemców tabory i środki pieniężne armii Samsonowa zawierały jednak jedynie srebrne i papierowe nominały.

Już dwa lata później na terenach, gdzie odbywały się walki pojawili się pierwsi poszukiwacze złotych rubli, zapewne mający jakieś informacje na ten temat, jednak nie potrafili odnaleźć kluczowego dla poszukiwań rozstaju dróg z wielkimi dębami.


Dużo później, w latach osiemdziesiątych XX wieku polska Służba Bezpieczeństwa poszukiwała i tego skarbu, zatrudniając między innymi wrocławskich radiestetów, ale także bez rezultatu.

Do nieznanego dotąd dokumentu, związanego z tą sprawą dotarła jakiś czas temu nasza redakcja. Wynika z niego, że 27 kwietnia 1964 r. do placówki KGB w Mińsku zgłosił się Polak, Franciszek Masiewicz, pracujący jako ślusarz w lokalnej fabryce traktorów i oświadczył, że na terytorium Polski, we wsi Lipiny w powiecie augustowskim, obok mogiły żołnierza armii rosyjskiej, na której jest pomnik z napisem „Zginął za wiarę” ukryty jest sejf z dużą ilością złotych przedmiotów.

Opis schowka był dosyć dokładny – na głębokości jednego metra miał zostać zakopany koń z łańcuchem na szyi i ten łańcuch prowadził do sejfu. Sejf miał być schowany w latach 1914-16 (widocznie Masiewicz nie wiedział dokładnie w którym roku miały miejsce opisywane wydarzenia), podczas wycofywania się z tamtych terenów 20 korpusu armii generała Samsonowa.

Problemem było to, iż Masiewicz informacje uzyskał od swojego ojca, a tamten, w 1920 r, dowiedział się o tym od żołnierza, który brał udział w zakopywaniu. Ojciec Masiewicza, mieszkający wówczas na terenie Polski, jeździł do Lipin i podobno znalazł właściwą mogiłę, ale bał się ją rozkopywać.


O zeznaniu władze polskie zawiadomił listownie oficer KGB L. Bułgakow w czerwcu 1964 r.

Wkrótce na miejsce wysłano grupę oficerów Służby Bezpieczeństwa oraz oddział saperów z KBW, ale poszukiwania nie dały żadnych sensownych rezultatów. Może dlatego, że mogił z napisem „Zginął za wiarę” znaleziono aż 25.

Oczywiście rozpytano także okoliczną ludność i w wyniku tego pojawiła się informacja, że w 1938 r. ktoś miał natrafić w lesie na wykopaną skrzynię, a obok niej leżały szczątki szkieletu konia…


Na zdjęciach:
- generał Samsonow (Wikipedia.pl)
- I wojna światowa - zakopywanie padłych koni (Faktopedia.pl)

wtorek, 9 lipca 2019

Niemieckie tajemnice rosyjskich jednostek wojskowych


To było hmm… niełatwe spotkanie.

Emerytowany pułkownik inżynier D, mieszkający w urokliwej wiosce pod Wrocławiem, do 1979 r. był inspektorem technicznym urządzeń sanitarnych upoważnionym do kontroli nie tylko polskich jednostek wojskowych, ale także jednostek Armii Radzieckiej stacjonujących na terenie Polski. Miał specjalne pełnomocnictwa z samej Moskwy i wielu dowódcom radzieckim bardzo zależało na jego pozytywnej opinii – mogli przecież w każdej chwili zostać odwołani, a życie na dalekiej Syberii to jednak nie było to samo, co w „zachodniej” - dla nich - Polsce.
Z tego powodu pułkownik D. nie miał łatwego życia. Jego żona wspomina, że najczęściej Rosjanie zapewniali mu transport - wysyłali po niego helikopter bojowy, który lądował na pobliskich łąkach,  w którym zazwyczaj na inspektora czekał już pierwszy „poczęstunek”. Wieczorem, albo na drugi dzień, pułkownika przyprowadzało albo przynosiło do domu kilku rosyjskich żołnierzy. I tak przez lata…


Zatem nasze spotkanie z inspektorem, mimo, że był już na emeryturze, nie było łatwe. W końcu trafiliśmy na popołudnie powiedzmy – bardziej kontaktowe i usłyszeliśmy, że pułkownik D. widział na własne oczy wejścia lub wjazdy do podziemi na terenie jednostek radzieckich i kilka z nich mógł sobie przypomnieć.
Głównie były to betonowe wjazdy z wielkimi stalowymi drzwiami, podobne do hangarów lotniczych – wszystkie  miały być poniemieckie. 
Z tego, co zapamiętał, były to:

Krzywa – Krzywaniec: jadąc jak na Zgorzelec, po lewej stronie było miasteczko dla pracowników, dalej powinno być skrzyżowanie z kierunkiem na Bolesławiec, za nim, w lewo – skos miały znajdować się wjazdy do podziemi;

Borne – Sulinowo: wjazdy miały znajdować się za miasteczkiem, w kierunku jak na Darzec, czy Darzyce (zapewne chodzi o Nadarzyce – przyp. Red);

Szprotawa: na terenie lotniska, ok. 200-300 m od hangarów, po prawej stronie, miał znajdować się wjazd do podziemi;

Wrocław – Maślice: Rosjanie zaraz po wojnie zatrudniali w jednostce wyłącznie swoich obywateli lub jeńców niemieckich. Wjazd do podziemi miał być umiejscowiony z lewej strony kotłowni z kominem;

Inspektor wspominał coś też o potężnych bunkrach dla łodzi podwodnych znajdujących się między Jastrzębią Górą a Cetniewem, i w Świnoujściu.

Na tym rozmowa, powiedzmy, przerwała się. Kiedy próbowaliśmy do niej powrócić kilka tygodni później okazało się, że pułkownik D. już nie żyje.

W redakcji uważamy, że można jego słowa wziąć na poważnie. Swego czasu nasz zespół badawczy działał na Maślicach i rzeczywiście – po lewej stronie kotłowni było wejście do płytkich, sporych rozmiarów podziemi, w których przez jakiś czas kwaterowali żołnierze. Można zatem zakładać, że i w pozostałych przypadkach inspektor się nie mylił.

Z podobną „gościnnością” Rosjan spotkał się także swego czasu polski oficer kontrwywiadu, major S, który w ramach współpracy z „bratnią służbą” trafił do jednostki pancernej w pobliżu Bolesławca (Strachów – Pstrąże – przyp. Red.) – namiot „powitalny” ustawiony był zaraz za bramą jednostki; kiedy zrobiło się gorąco, bo było to latem, zapakowano wszystkich do gazików i po chwili jechali już szerokim tunelem, wzdłuż ustawionych przy jednej ze ścian czołgów, do niewielkiej kantyny znajdującej się w podziemiach. 


Niestety, po wytrzeźwieniu major S. nie był w stanie przypomnieć sobie żadnych szczegółów. Po przejęciu terenu jednostki przez polską administrację próbowano zresztą szukać tego tunelu, także przy pomocy naszej Redakcji, ale to już całkiem inna historia…

Zdjęcia:
- zalane podziemne koszary na Maślicach we Wrocławiu
- czołg w tunelu w Stępinie (www.beskid-niski-pogorze.pl)

środa, 15 maja 2019

Zatopione wraki


Wielkie tajemnice zaginionych dóbr kultury i wartości materialnych wiążą się nie tylko z tajemniczymi tunelami, jaskiniami czy ukrytymi pod ziemią skrytkami – wiele z nich zostało bowiem zatopionych podczas transportu czy ucieczki drogą wodną.

„Pierwszym śladem były informacje żołnierzy wojska Ochrony Pogranicza mówiące o tym, że w wodach, a raczej mule jeziora Stolec w województwie szczecińskim na pograniczu Polski i NRD znajduje się aliancki samolot. Na miejsce przyjechała grupa dwudziestu polskich i radzieckich płetwonurków – uczestników podwodnego zgrupowania organizowanego przez Główną Kwaterę ZHP i Konsomoł. Na głębokości trzech – czterech metrów wbita w muł znajdowała się amerykańska superforteca lotnicza B-17f, która w nocy z 28 na 29 maja 1944 r. bombardowała fabrykę benzyny syntetycznej w Policach. Płetwonurkowie odnaleźli i wyciągnęli na brzeg niektóre elementy wyposażenia między innymi radiostacji, uzbrojenia, kabiny pilotów. Wyciągnięto tylko część – samolot wbił się bowiem bardzo głęboko w dno jeziora”.


Inna relacja mówi o samolocie który wyleciał, być może jako jeden z ostatnich, z oblężonego w 1945 r. Królewca:

„Dornier 24 miał lądować  po drodze w Kołobrzegu i w pobliżu tego miasta został strącony wpadając do jeziora w Resku Pomorskim. Podczas pierwszej wspólnej wyprawy w 1987 r. wydobyto materiały świadczące, iż zatopiony tam samolot leciał z Królewca do Kołobrzegu”.

Swego czasu współpracujący z Redakcją pan Józef P. natrafił w archiwach na niepublikowane nigdzie informacje dotyczące Zalewu Wiślanego, datowane na wiosnę 1949 r.:

„Na terenie Zalewu Wiślanego za wioską Nowa Pasłęka znajduje się zatopiona kolumna wojsk niemieckiej dywizji pancernej. Na głębokości siedmiu metrów nurek znalazł cmentarzysko różnego rodzaju pojazdów mechanicznych. Wraki leżą dość gęsto i poszukiwania mogą odbywać się w krótkim promieniu. Nurek nie posiadał latarki. Powiedział, że widoczność pod wodą była słaba i poszukiwania musiały odbywać się na macanego.
Przy tych badaniach tytułem próby wyciągnięto z wody agregator (pisownia oryginalna) na samochodzie na dwóch podwójnych kołach. Jednocześnie wyciągnięto ciągnik – traktor na czterech kołach „Lenz Bulldog”. Stan obiektu dobry, mimo porostu mchami i muszlami. Gumy trzymają powietrze i są w stanie zdolnym do użytku, jak również motory nadają się do remontu”


Do początku lat pięćdziesiątych nie prowadzono na tym terenie żadnych prac. Co było później i czy w ogóle coś było – to jest pytanie do zainteresowanych nurkowaniem w tamtym akwenie.

(Zdjęcie czołgu - National Geographic)

środa, 17 kwietnia 2019

Skrzynie z muzealiami zakopane w Pożarzycach


Pożarzyce to niewielka wioska, a właściwie wioska i przysiółek, leżące w pobliżu Jordanowa Śląskiego na Dolnym Śląsku. Na ich temat w archiwach IPN zachowały się ciekawe dokumenty:

 „W 1983 r uzyskano informacje, że do tej miejscowości bardzo często przyjeżdża ob. zachodnioniemiecki Kaiser Horst, który każdorazowo udaje się do w/w żwirowni (chodzi o żwirownię znajdującą się w pobliżu Pożarzyc – przyp. Red). W wyniku przeprowadzonego rozpoznania przy pomocy osobowych źródeł informacji uzyskano dane mówiące, że podczas styczniowej ofensywy wojsk radzieckich do żwirowni usytuowanej za wioską przyjechała w dużym pośpiechu niemiecka kolumna samochodów ciężarowych eskortowanych prawdopodobnie przez formację SS. SS-mani zgonili ludność cywilną i przy jej pomocy ukryli w żwirowni przywiezione skrzynie  mające zawierać zrabowane dobra kultury świeckiej i sakralnej. Miejsce to zostało zaminowane a następnie zasypane, a biorącą w akcji ludność Pożarzyc rozstrzelano”.


Kolejna relacja wygląda tak:

„Niemcy wywieźli z Wrocławia dużą ilość dzieł sztuki świeckiej i sakralnej (obrazy, rzeźby, szable, lichtarze wykonane ze złota i srebra). Przedmioty te zostały przewiezione dwoma samochodami ciężarowymi eskortowanymi przez wojsko niemieckie do miejscowości Pożarzyce II gdzie w tamtejszej żwirowni zostały zakopane w ziemi. Odbyło się to w ten sposób, że jeńcy wykopali dół dwa metry poniżej poziomu żwiru. Do dołu tego zostały złożone skrzynie drewniane zabezpieczone papą, w których znajdowały się w/w przedmioty. Przed zasypaniem zostały obłożone płytami betonowymi i zaminowane. Jeńcy zostali na miejscu rozstrzelani.”

I jeszcze jeden dokument:

„Z informacji tych wynika, że w lutym 1945 r. z kierunku Wrocławia do Pożarzyc przyjechał silny oddział SS z transportem skrzyń załadowanym na 4 ciężarówkach. Konwój ten zamierzał  przebić się do Bawarii lecz wojsko radzieckie stało temu na przeszkodzie. W tej sytuacji wzięto ze wsi kilka osób do pomocy i skrzynie zakopano w żwirowni. Mieszkańców wsi rozstrzelano, a oddział SS wycofał się w kierunku Łagiewnik, gdzie został ostatecznie rozbity. Jeden z uczestników w trakcie rozstrzeliwania został ciężko ranny, przeżył i opowiedział co ukrywano. Miały to być skrzynie z muzealiami, a wśród nich dużych rozmiarów scena biblijna z narodzenia Chrystusa wykonana ze złota lub mosiądzu o dużej wartości. Są podobno tylko dwa tego rodzaju dzieła na świecie z których jedno znajduje się w Izraelu, a drugie zakopane w Pożarzycach. X (zamazane) twierdził, ze dzieła te były wyjmowane ze skrzyń i układane w takim jakby grobowcu zrobionym z płyt betonowych, nakryte taką samą płytą i zaminowane małymi minami. Takich grobowców miało być cztery”.



„Informacje te Kaiser Horst uzyskał od rannego ojca biorącego udział w ukrywaniu skrzyń”.

Uzyskane dane musiały być na tyle wiarygodne, że w  1983 r. wytypowane miejsce zostało przebadane przez saperów z nadwiślańskich jednostek MSW. Działania te dały wówczas wynik negatywny.  Do tych dokumentów dotarli w ostatnich latach dziennikarze czasopisma Odkrywca, ale ich akcja także nie przyniosła rezultatów. Także i grupa badawcza Exploratora zajmowała się dużo wcześniej tym tematem – przebadane zostały wszystkie trzy nieczynne żwirowiska znajdujące się w pobliżu Pożarzyc, ale nasze zaplecze techniczne okazało się niewystarczające – nieużywane żwirownie już od pierwszych lat powojennych funkcjonowały jako wysypiska śmieci i ich gruba warstwa uniemożliwia uzyskanie jakichkolwiek sensownych wyników technicznych.

Ale może ktoś kiedyś będzie miał więcej szczęścia…