Poszukujemy - Odkrywamy

Poszukujemy - Odkrywamy

czwartek, 2 kwietnia 2026

Na początek...

Blog  Exploratora będzie raczej nietypowy.
Co jakiś czas pojawią się bowiem na nim informacje, które trafiły do redakcyjnego archiwum, ale z różnych przyczyn nasze zespoły badawcze już raczej nimi nie będą się zajmować.

Eksploracją zajmujemy się bowiem od wielu już lat, za nami setki przeróżnych przygód, spotkań i wyjazdów w teren i teraz, jak określił to obrazowo jeden z kolegów, jeżeli za tematem nie przemawiają sensowne dokumenty, to naszych szanownych czterech liter do samochodu, w celu weryfikacji, pakować już raczej nie będziemy.

Poza tym swego czasu Marek Dudziak, założyciel magazynu „Odkrywca”, zwrócił nam uwagę, że jest chyba lepiej kiedy temat „żyje” niż kiedy dogorywa na dnie archiwalnej szuflady…



I jeszcze kilka uwag: 
  • z oczywistych przyczyn musimy utajniać (RODO) nazwiska informatorów,
  • nie interesują nas opinie, czy ktoś uważa zdobyte przez nas informacje za prawdziwe czy nie,
  • jeżeli ktoś chce dołączyć do zabawy prosimy o kontakt mailowy: explorer@ant.biz.pl; podeślemy temat do opracowania (oczywiście inny niż te z bloga), a później zaprosimy do naszej piaskownicy.

Skarby Prokuratora: część trzecia - pieczęć

Zanim na scenie ponownie pojawi się prokurator Palewski (nazwisko zmienione), musimy powrócić do jednego z dosyć dawnych wyjazdów weryfikacyjnych w pobliże Wałbrzycha. Jeden z kolegów zasugerował wówczas wizytę u znajomego przedsiębiorcy, który kupił spory zabytkowy obiekt w okolicy i zaprasza na wizytę.

Dlaczego nie – dodatkowa kawa nigdy nie zaszkodzi. No, może niektórym, ale oni pijają wyłącznie herbatę.

Pałac, do którego wstąpiliśmy, kupił jeden z lokalnych biznesmenów z intencją, że powstanie tu jego siedziba rodowa. Jako że obiekt jest ogromny, zdążył odremontować jedynie oficynę po prawej stronie. Plany inwestycyjne miał odważne – w końcu całość zajmowała powierzchnię (pałac i oficyny) około 5000 m2. Pokiwaliśmy ze zrozumieniem głowami życząc sukcesu i optymizmu, bo swego czasu podobne opowieści słyszeliśmy od właściciela równie ogromnego obiektu w Bożkowie; w dawnym pałacu Magnisów również miała powstać nowobogacka siedziba rodowa…

Tutaj, w Rusinowej, też było na co popatrzyć. Dziewięć budynków w stylu barokowym,w tym pałac o powierzchni 2000 m2, wybudowany w latach 1720-1908 przez rodzinę Czettritzów. Później właścicielami byli Zedlitze, Kraussowie, Buttlerowie aż doTielschów – stąd jego zwyczajowa lokalna nazwa: „Tielsch-Schloss”. Po drugiej wojnie światowej mieścił się w nim Zespół Szkół Budowlanych a następnie Miejski Ośrodek Poprawczy. W 2004 r. został sprzedany prywatnemu właścicielowi.

No to go miał. Pan w średnim wieku, zafascynowany zabytkami. Bardzo lubił stare rzeczy i często odwiedzał pchle targi. Właśnie kupił kilka figurek i jakąś pieczęć. Robimy zdjęcia, dziękujemy za rozmowę i kawę i jedziemy dalej.

Minęły lata. Pierwszy właściciel Rusinowej w międzyczasie zbankrutował, o spotkaniach z prokuratorem i jego opowieściach o skarbach też już trochę zdążyliśmy zapomnieć, stąd telefon od niego był pewnego rodzaju zaskoczeniem. Nalegał na spotkanie, mogło być w jego ulubionej Mleczarni.

Tym razem był bardzo oficjalny i prosił o dyskrecję. Otóż zwróciła się do niego o pomoc kancelaria prawna ze Szwajcarii, z bardzo delikatną sprawą. Jeden z ich klientów, który zastrzegł swoje dane, ma w dyspozycji niezwykły artefakt – starą pieczęć Berlina, jaką przybijano na miejskie dokumenty. Ma ona mieć, według właściciela, ogromną wartość, dlatego przemycił ją do Szwajcarii, zdeponował w skrytce jednego z banków i wynajął kancelarię prawną, żeby znalazła nabywcę.

Temat niewątpliwie ciekawy, problemem było jednak to, że Palewski nie miał żadnych bliższych danych o obiekcie ani nawet żadnego zdjęcia; wiedział tylko, że na pieczęci są niedźwiedzie.


Niedźwiedź na pieczęciach i herbach Berlina występuje nieprzerwanie od 1280 r. Zresztą przyjmuje się, że sama nazwa Berlin pochodzi od słowiańskiego słowa „berl” oznaczającego bagno; dopiero później z „berl” zrobił się „Bär”, czyli niedźwiedź i tak już zostało. Na najstarszych pieczęciach, poza misiami i ptaszkiem znajdowały się słowa „Sigillum burgensium de Berlin sum” („Jestem pieczęcią mieszkańców Berlina”). Od 1338 r. napis zmieniono na „Sigillum Sekretum Civitatis Berlin” („Tajna pieczęć miasta Berlin”). Kolejna, ostatnia już zmiana napisu nastąpiła w latach 1447/48, na wniosek Fryderyka II – brzmiała ona, w tłumaczeniu –„Pieczęć starożytnego miasta Berlin”.

W większości pieczęcie się zachowały i przechowywane są w tamtejszych muzeach, chociaż… jeden ze współpracujących z nami historyków zauważył, że któraś z nich miała zostać… skradziona!

Jeżeli to o niej właśnie wspominał nasz prokurator, to mogło być ciekawie. Na kolejnym spotkaniu nic nie wspominaliśmy o kradzieży (nie było o niej ogólnodostępnych informacji) nalegając na jakieś bliższe dane, odcisk lakowy czy zdjęcie. Sugerujemy, że jeżeli pieczęć jest oryginalna, to rzeczywiście ma wielką wartość i to w dziesiątkach tysięcy euro, jak nie więcej. Palewskiemu zaświeciły się przy tych kwotach oczy, bo w końcu jako pośrednik z pewnością liczył na niezłą prowizję. Miał skontaktować się z prowadzącym tę sprawę szwajcarskim adwokatem i dostarczyć coś konkretnego.

Na kolejnym spotkaniu miał już kilka zdjęć w komórce. Widać było na nich obiekt i odcisk lakowy. Trochę niewyraźny, ale czytelny. Jako że były to konkrety można było zająć się sprawą.

Choć jeden z nas zauważył, że gdzieś już coś takiego widział, pytanie tylko gdzie.

***

Badaniami pieczęci zajmuje się sfragistyka. Jednym z uznanych ekspertów w tej dziedzinie jest prof. dr hab. Wojciech Strzyżewski. Od razu zwrócił uwagę na to, że oprawa jest dziewiętnastowieczna, mimo to zgodził się przeanalizować odcisk. Długo to nie trwało – pieczęć okazała się wyrobem okolicznościowym, jakie co jakiś czas pojawiają się w obiegu w Berlinie.

Wartym około 50 - 60 euro.

No i okazało się, że akurat ten przedmiot przed laty sfotografowaliśmy w Rusinowej.



Prokurator był niepocieszony, jak można się domyślać - z powodu zawiedzionych nadziei na prowizję…

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Skarby prokuratora - część druga: piwnica

Prokurator Palewski (nazwisko zmienione) lubi piwo. Na przykład w kultowej wrocławskiej Mleczarni. Lubi poopowiadać o swoich ustaleniach i na dodatek nieco nam ufa - o tym będzie w następnym odcinku.

Na razie skupia się na opowieści faceta, któremu swego czasu pomógł – Ślązaka, którego nazwiska najpierw za bardzo nie pamięta, ale na kolejnym spotkaniu sobie przypomina – Sosinka. Konrad Sosinka. SS-man.

To zapewne dlatego że był SS-manem w archiwach zachowały się dokumenty na jego temat, do których dotarł Piotr Maszkowski – jego artykuł ma datę 18 lutego 2013 r. W związku z tym, że sprawę opisał dosyć wyczerpująco – posilimy się fragmentami jego artykułu dopisując kontekst wprowadzony przez prokuratora.

Maszkowski:„Urodzony w Beuthen na Śląsku Scharführer Konrad Sosinka miał sporo szczęścia. Na początku wojny jako 19-latek wstąpił do SS, otrzymując stosunkowo bezpieczną posadę. Został kierowcą Sturmbannführera Ledewiga stacjonującego przez większość wojny w Kętrzynie. Dopiero we wrześniu 1944 trafił z głębokiego zaplecza frontu do Francji”.

Prokurator: Sosinka twierdził, że w szeregi SS wstąpił w wieku 18 lat. Po przeszkoleniu został kurierem – woził teczki z dokumentami organizacji po całej Europie. Nie była to zbyt wyczerpująca służba - czasami nudził się przez tydzień czy dwa bez jakichkolwiek zadań, a czasem przez kilkanaście dni pod rząd jeździł z dokumentami. Z czasem trafił do Wolfschanze i zamieszkał w koszarach w trzeciej strefie ochrony. Tu miał jeszcze mniej roboty. Z nudów zachodził często do znanej żołnierzom (choć twierdził też, że wówczas jedynej) gospody w Kętrzynie.


Maszkowski:„W czasie pobytu w Kętrzynie rozmówca zaprzyjaźnił się z rodziną Hempel, posiadającą duży wielobranżowy sklep oraz restaurację i kawiarnię, a nawet pretendował do ręki córki Hemplów – Margaret”. I to mu się udało, ale nie bez kłopotów.

Prokurator: Restaurację prowadził Carl Hempel, który podobno był też jakimś funkcyjnym urzędnikiem (Landratem?). Problem w zawarciu małżeństwa był taki, że jedna z babek Margaret nie była „czystą” Aryjką. Ponadto ona była ewangeliczką a on katolikiem. Wszystko rozwiązał znajomy pastor po prostu udzielając im ślubu – świadkami byli jego koledzy z SS i rodzice dziewczyny.

Czasy zwycięstw niemieckich w końcu minęły, front był coraz bliżej. Hempel, zamożny przecież, zaczął się obawiać o swój majątek.

Maszkowski:„Dyskretnie więc, przy pomocy przyszłego zięcia, ukrył najcenniejsze kosztowności jakie posiadał (…).

Wkrótce front przetoczyłsię przez tamte okolice, wojna się skończyła.

Wiele lat później, w kwietniu 1973 r. w Kętrzynie pojawił się brat Margaret.

W aktach sprawy o jednoznacznie brzmiącym kryptonimie: "Skarb" jest zapis meldunku złożonego przez tajnego współpracownika kętrzyńskiej bezpieki o pseudonimie "Ira". Okazało się bowiem, że brat Margaret natknął się na mieszkańca dawnej kamienicy Hampela, który był akurat informatorem Służby Bezpieczeństwa.

Prowadzący„Irę” niejaki kapitan Skiba miał jednak pewne zastrzeżenia co do wiarygodności autora doniesienia i przytoczonych przez niego faktów: "Tw ps. "Ira" jęz. niemiecki zna biegle i miał możliwość podsłuchać i zrozumieć treść prowadzonej rozmowy w piwnicy. Pomimo to, należy się liczyć z tym, że rozmówca (T-w) jest znany z chwalenia się, ze stwarzania fantazji, dlatego też część informacji o rzekomych tunelach od budynku (...) do kościoła i zamku, gdzie rzekomo mają być ukryte skarby, ewentualnie dokumenty, może być wyobraźnią Tw”.

Do zbadania sprawy został oddelegowany inspektor operacyjny z Wydziału d/s SB Komendy Powiatowej MO w Kętrzynie ppor. Waldemar Stankiewicz.

Dochodzenie rozpoczęło się od wizji lokalnej, która została przeprowadzona z udziałem Tw. ps. "Ira", w kamienicy i znajdującej się pod nią piwnicy.


"Lustrowane piwnice są rozczłonkowane i mają kształt starych lochów. Między piwnicą nr 6, a głównym piwnicznym korytarzem znajduje się ściana grubości ponad 1,5 m, na tej ścianie od strony korytarza znajduje się niewielka i płytka nisza, przy której są świeże ślady zdrapywania tynku, wg słów "Ira" tynk ten został zeskrobany przez osobników, którzy byli tam w dniu 6 kwietnia 1973 r. i sprawdzali, czy to jest stary tynk" (…). We wskazanym przez b. Tw. "Ira" miejscu, zostało dokonane przebicie ściany na głębokości 75 cm (ściana ma grubość ok. 2 m), przebicia dokonywano z wnęki w ścianie głębokości 25 cm”.

W czasie tej weryfikacji nie zauważono, by znajdowało się tam jakiekolwiek wejście do ukrytego korytarza. „Nadmienić należy, że piwnica przedmiotowego budynku jest dwupoziomowa z tym, że poziom dolny jest zasypany gruzem, gruzem są zasypane również części piwnicznych korytarzy wychodzące na zewnątrz budynku. W czasie przebijania ściany na głębokości ok. 0,5 m znaleziono w niej kości i kawałek talerza fajansowego. Dalszych przebić nie dokonywano z obawy by nie spowodować uszkodzenia budynku".

Służbie Bezpieczeństwa udało się ustalić powiązania rodzinne Hampelów i natrafiono na Sosinkę. Postanowiono go przesłuchać.

"K. Sosinka naszkicował plan określając miejsce zamurowania wejścia. Po udaniu się do piwnic przedmiotowego domu, wskazał miejsce określając, że za murem będzie znajdowała się nisza. Rozbicie ścianki niszy zaprowadzi do piwnic II-ej kondygnacji. Istotnie po przebiciu ściany grubości ok. 80 cm znajdowała się nisza. Po przebiciu drugiej ścianki okazało się, że wejście prawdopodobnie jest zawalone gruzem i piachem. Wg wskazówek K.S. próbowano przebijać strop piwnicy. Te czynności również nie dały rezultatu. Przez około 1,7 m w głąb ciągnął się piasek pochodzenia lodowcowego. Fakt, że piwnice są dwukondygnacyjne potwierdził się, gdyż odkryto w piwnicy oznaczonej nr 1 właz i osiem schodków prowadzących w głąb. Jednak odkryte pomieszczenie zawalone było gruzem z okresu odbudowy i adaptacji budynku. Napotkano również na trudności wynikające z zagruzowania znacznej części piwnic właśnie z okresu odbudowy. Wobec powyższego, odstąpiono od dalszych poszukiwań i penetracji do czasu wyjaśnienia niektórych sprzeczności, jakie zarysowały się pomiędzy relacją K. Sosinki, a stanem faktycznym piwnic”.

„W lutym 1975 roku, po ponownym przeanalizowaniu materiałów sprawy, kętrzyńskie SB planowało, już na własną rękę, bez udziału Sosinki, przeprowadzić kolejne odwierty przy pomocy bardziej wydajnych wierteł. Przygotowano nawet szczegółowy plan działań i szkic techniczny podziemi. Nie wydaje się jednak by je kiedykolwiek zrealizowano”.

Prokurator: Po ślubie ojciec dziewczyny zawołał go do pomocy i poznania tajemnicy: pod knajpą była piwnica zastawiona meblami a pod nią druga – podobno po Krzyżakach - wchodziło się do niej po kręconych schodach,a połączenie z niej miało być aż do kościoła i klasztoru.

Kiedy znosili tam skrzynie – jedna upadła i wysypało się sporo kamieni szlachetnych. Obrazy Rubensa i Rembrandta wycinali i chowali zwinięte w potężnych gilzach artyleryjskich, które później zalutowywali. Po zniesieniu kilkunastu skrzyń do piwnicy pozostawiali tam liczne pułapki minerskie i wszystko zamurowali.

Jak zbliżył się front matka Margaret weszła na wieżę i rzuciła się w dół. Carl Hempel uciekając ciężarówką z meblami i częścią majątku zginął podczas bombardowania w pobliżu Poznania, a Margaret dostała pomieszania zmysłów i odwieziono ją do ich drugiego domu w górach Harzu. Tam później zmarła w domu dla psychicznie chorych. Sam Sosinka, jako że miał ślady po tatuażu SS który próbował wywabić, został zesłany na Kołymę i dopiero po śmierci Stalina zwolniony do domu.

Z czasem zaczął pracę w energetyce na Śląsku i powtórnie ożenił się.

Jednak zamaskowane ukrycie nie dawało mu spokoju i w końcu zdecydował się pojechać do Kętrzyna zobaczyć, jak to wygląda. W domu mieszkali jacyś ludzie, a chciał przecież zobaczyć piwnicę. Wrzucił zatem drogą zapalniczkę Ronsona do kratki piwnicznej i pod pozorem jej poszukiwania - że niby jest pamiątkowa – został wpuszczony na dół. Pamiętał, że była to jedna duża przestrzeń, ale obecnie była poprzedzielana ściankami i nie mógł poznać miejsca. Twierdził jednak, że skoro Rynek jest cały, to znaczy, że nikt do ukrycia nie wszedł, bo wówczas zdetonowałby pułapki i byłyby ślady po wybuchu.


I na tym historia poszukiwań się skończyła.

Wejście do krzyżackich podziemi było z boku szerokiej kolumny w piwnicy.

Po lewej stronie tej kolumny.

wtorek, 9 grudnia 2025

Skarby Prokuratora: część pierwsza - Legnica

 Prokurator Palewski (nazwisko zmienione) jest wysokim, szczupłym mężczyzną doskonale wyglądającym jak na swój wiek – pracę w prokuraturze zakończył przecież wiele lat temu a obecnie prowadzi we Wrocławiu wraz z żoną kancelarię prawną. Ale nadal nie dają mu spokoju informacje z którymi zetknął się w trakcie swojej pracy, a które nie znalazły jak dotąd potwierdzenia. To dzięki niemu natrafiamy na interesujące dokumenty; w tym wypadku są to zeznania złożone przez jego kolegę - prokuratora w stanie spoczynku Emila Urbańskiego. Zeznania zostały zaprotokołowane w Prokuraturze Rejonowej w Legnicy 6 września 1993 r. – a mowa w nich o czasach dużo wcześniejszych - źródłem informacji miał być niezidentyfikowany 75-letni wówczas (w 1972 lub 1973 r.) mężczyzna, którego do prokuratora Urbańskiego przyprowadził ówczesny prokurator powiatowy Józef Bzdęga – sprawa dotyczyła obiektu zajętego przez stacjonującą w Legnicy Armię Radziecką, a Urbański zajmował się sprawami związanym z zagranicznym obrotem prawnym.  Bzdęga został w 1977 r. przeniesiony służbowo do Gdyni; sporządzone podczas przesłuchania dokumenty nie zostały zarejestrowane oficjalnie w prokuraturze i jak sądzi Urbański ma je żona Bzdęgi - Wanda.

Po latach, 18 marca 1992 r. Urbański zgłosił sprawę Jerzemu Milewskiemu – ówczesnemu szefowi Urzędu Bezpieczeństwa Narodowego w kancelarii prezydenta RP, ale tematu nikt nie podjął, dlatego zdecydował się na zgłoszenie osobiste w prokuraturze. Co też nic nie dało.

Główny informator do pracy w Niemczech wyjechał zapewne jeszcze przed wojną „za chlebem”, gdyż podczas wojny nie miał statusu robotnika przymusowego – był człowiekiem wolnym. Pracował jako murarz, posadzkarz i stolarz, a zlecenia otrzymywał między innym od osób będących na stanowiskach państwowych.

Wiosną 1945 r. kiedy wojska radzieckie zbliżały się do Wrocławia, jego pracodawca – był nim prawdopodobnie prezes sądu karnego w Legnicy, polecił mu zabrać narzędzia murarskie i zaprowadził na teren Sądu Okręgowego. O zmroku na podwórko, które jeszcze w tym czasie, czyli kiedy spisywano pierwotny protokół (1972-73 r.) było otoczone wysokim murem, wjechały wojskowe ciężarówki, zakryte plandekami, z których wysiedli żołnierze SS (około dwudziestu) i około dwunastu więźniów.  Razem z więźniami świadek zamurowywał w piwnicy, w części przyległej do kotłowni centralnego ogrzewania, część korytarza, tworząc wnękę. Po wykonaniu fragmentu muru do wnęki więźniowie wnieśli drewniane, ciężkie skrzynie, podobne do skrzyń używanych do przenoszenia amunicji artyleryjskiej.  Po ustawieniu ich w niszy (było ich około trzydziestu) świadek dokończył murowanie ścianki i zgodnie z poleceniem, że ścianka ma się nie różnić od sąsiednich, oprószył ją pyłem węglowym i kurzem. Po zakończeniu pracy ukrył się w zakamarkach piwnicy, bo o świcie w mieście pojawili się już żołnierze radzieccy.


Po przesłuchaniu przez Urbańskiego mężczyzna wykonał szkic ukazujący położenie skrytki i zgodził się pojechać na miejsce, by ją wskazać. Udał się tam z prokuratorem powiatowym (Bzdęgą), który wykonał własny szkic umiejscawiający miejsce ukrycia w budynku sądowym. Obaj prokuratorzy (Urbański i Bzdęga) postanowili nie rejestrować tego przesłuchania, ani nie informować o nim przełożonych aż do czasu, gdy budynek nie zostanie przekazany władzom polskim, bowiem stacjonowała tam jeszcze wówczas komendantura garnizonu wojsk radzieckich.

 Budynki obecnego sądu okręgowego przy ul. Złotoryjskiej 40 wzniesiono w latach 1870-1873.Pierwotnie w obiekcie mieścił się niemiecki Sąd Krajowy i Okręgowy Land - und Amts Gericht. Po II wojnie światowej od 1945 roku gmach zajęła radziecka Komendantura Wojskowa. Po opuszczeniu miasta przez wojska radzieckie w 1993 r. budowla została przekazana władzom polskim. 



Do zespołu budynków Sądu Okręgowego wchodzi trzykondygnacyjny gmach zbudowany z czerwonej cegły w kształcie litery T z głównym wejściem znajdującym się od ulicy Złotoryjskiej oraz budynek postawiony w latach 30. XX wieku stojący przy ulicy Gwarnej. Obiekt przylega do budynku pierwszego, wzniesiony został na planie prostokąta.

Oczywiście po zapoznaniu się z dokumentami na miejsce udał się zespół badawczy Exploratora. Dzięki pomocy działu technicznego sądu udało się ustalić miejsce dawnej kotłowni, która, po wielu przebudowach została zaadaptowana na cele dla przywożonych na przesłuchania osadzonych.

Jedynym miejscem nie przebadanym była przestrzeń pod schodami wejściowymi, którą nikt nigdy się nie zainteresował. Zapewne słusznie – jeżeli prokurator ze świadkiem został wpuszczony na teren komendantury wojsk rosyjskich musiał on wyjawić powód swojej wizyty.

Dlatego raczej już nie ma co szukać. Choć może, gdyby przeprowadzić dokładną inwentaryzację piwnic to kto wie…

piątek, 22 sierpnia 2025

Likwidacja getta w Tarnowie. Początki

10 grudnia 1945 r. w pomieszczeniach Sądu Okręgowego w Tarnowie spotkało się troje ludzi: kierownik tego sądu - Bronisław Maciołowski, będący jednocześnie członkiem Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, protokolantka Barbara Ferensówna i Izaak Izrael - świadek. Po przedstawieniu świadkowi ewentualnych skutków składania fałszywych zeznań (przywołano stosowne artykuły Kodeksu Postępowania Karnego) rozpoczęło się przesłuchanie.

Sędzia, w ciągu trwającej aż trzy dni procedury, nie zadał ani jednego pytania. 

Getto w Tarnowie zostało utworzone w lutym 1942 r; zlikwidowano je w pierwszych dniach września 1943 r. Na obszarze ówczesnej dzielnicy Grabówka przebywało około 40 tysięcy osób - w tym Żydzi z Austrii, Czechosłowacji i terenu III Rzeszy. W czerwcu 1942 r. 10 tysięcy ludzi zostało wywiezionych do ośrodka zagłady w Bełżcu. 7 tysięcy rozstrzelano w lasach pod Zbylitowska Górą i Skrzyszowem, 3 tysiące zamordowano na terenie cmentarza żydowskiego w samym Tarnowie. Pozostałych wywieziono do obozów pracy w Szebniach i Płaszowie, oraz do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.  

Sześćdziesiąt lat później, przypadkiem, zbierając materiały do całkiem innego tematu, natrafiliśmy na te zeznania. Pracując nad nim nie zauważyliśmy nawet, że czytelnia oddziału IPN w Rzeszowie powinna być już dawno zamknięta i personel nerwowo spogląda na zegarki, pobrzękując ostentacyjnie kluczami.  

Dokument jest porażający. Można zrozumieć dlaczego sędzia nie zadał ani jednego pytania...

 Początki

Nazywam się Izrael Izaak, urodzony w Tarnowie, 21 marca 1905 r. Dorożkarz, wdowiec. 

Mieszkałem przed wojną w Tarnowie przy ul. Widok 45a, we własnym domku. Powodziło mi się bardzo dobrze, miałem cztery dorożki, konie i furmanów. Nie uciekałem nigdzie z wybuchem wojny. Od pierwszej chwili stałem do dyspozycji Niemców i musiałem za darmo ich obwozić dorożkami. 

Podczas palenia dużej synagogi stałem służbowo na placu “Pod Dębem”, o dwadzieścia metrów od pożaru. Zaczęło się to nocą 9 listopada 1939 r. Wokoło bożnicy mieszkali sami Żydzi, którzy zaczęli w koszulach, boso, uciekać z domów, gdyż wydawało się, że pożar obejmie całą dzielnicę. Polacy z huty i baraków na Pogwizdowie, sama szumowina, za zgodą, wiedzą i z namowy żandarmów niemieckich wynosiła wszystko z domów. Wokół rozlegał się płacz, krzyk i lamentowanie. Pozwolono mi odwozić dzieci do rodzin, mieszkających w innych dzielnicach. Byłem świadkiem, jak żołnierze wrzucili jakiegoś uciekającego Żyda w płomienie bożnicy. Udało mu się stamtąd uciec, był poparzony, palił się. Od tego czasu żyliśmy w ciągłym strachu. 



Najpierw przyjechał oddział gestapo na powiat. Wyszli na ulicę i bili każdego napotkanego Żyda. Na pytanie, dlaczego to robią, odpowiadali: “Czemuś się nie kłaniał?”. Gdy się kłaniano - też bili. Po mieście krążyło kilka aut żandarmów. Było to o ósmej rano. Łapano każdego przechodzącego Żyda, badano, lub brano do auta. 

Dnia 24 kwietnia zatelefonowano do mnie o czwartej nad ranem, bym natychmiast przyjechał na gestapo. Gdy jechałem ulicami przez miasto, wszędzie napotykałem trupy Żydów. Spotkałem wtedy uciekającego w szlafroku dr Goldmana z Krakowa, lekarza okulistę. Uciekł spod kuli. Opowiadano, że ukrywał się później przez trzy dni w polu, na ulicy Polnej, nieprzytomny ze strachu.

Na ulicy Lwowskiej 10, Wałowej, Kopernika i w Rynku widziałem trupy Żydów w nocnej bieliźnie. Odwiozłem wtenczas potajemnie do szpitala krewnego Szyji Stuba, wysiedlonego z Bielska, który nie zmarł od razu po otrzymanym strzale. Zmarł po operacji. Było wtedy 60 zabitych. 

W maju 1942 r. zadzwonił Grunov do Judenratu po moją dorożkę, jako że była najlepsza, na godzinę jedenastą. W tym dniu bowiem przyjechał do Tarnowa gestapowiec Rummelmann, który objął dział Żydów w Tarnowie. Pojechałem pod gestapo z komendantem policji żydowskiej Bienenstockiem i czekałem do godziny dwunastej. O dwunastej nadszedł Rummelmann i Grunov. Na początek zdążyli już zastrzelić Żyda Hermana Weismana. Rozkazali trupa szybko uprzątnąć.

Wtedy cały dzień jeździłem z Grunovem i Rummelmanem. Objeżdżałem z nimi całe miasto, gdyż Grunov oprowadzał wszędzie gościa. Najpierw zajechaliśmy pod restaurację Bachla. Gdy stamtąd po dwóch godzinach  wyszli, doszli do mnie z rewolwerami i musiałem się egzaminować, czy znam ich tytuły i nazwiska. Stamtąd pojechaliśmy galopem z rewolwerem przystawionym do pleców do restauracji Sułka. Gdy stamtąd po dwóch godzinach wyszli, Grunov był już zupełnie pijany, z rewolwerem w ręce. Musiałem znowu recytować, jak się nazywa, jaką ma rangę i stamtąd znowu galopem na Limanowskiego 12, do mieszkania Żyda Stuba, gdzie mieszkał jako sublokator z kochanką. Zażądał jeden litr koniaku od Stubów w przeciągu dziesięciu minut, jeśli nie – kara śmierci. Stamtąd pojechali do fotografa Kaczarowskiego zrobić sobie zdjęcie. Grunov stale z rewolwerem przy moich plecach. Od fotografa znów do restauracji, a stamtąd do Judenratu, ale powoził już Grunow i batem bił po drodze napotkanych Żydów.

W Judenracie pobił wszystkich z Ordnungs-Dienstu (OD). Wszedł na służbówkę OD i zastawszy tam zastępcę szefa OD Wassermana, kazał mu otworzyć usta i włożył mu do ust lufę rewolweru. Następnie zbił go, zbił też Millera, pierwszego komendanta, i z miejsca zamienił ich funkcje. Szefem OD tzw. “Jedynką” został Bienenstock. Drugim zastępcą został Miller, a trzecim Wasserman.

Stąd poszli do prezesa Judenratu Volkmanna, przedstawił go Rummelmanowi, strzelając równocześnie do niego. Kula przeleciała tuż przy głowie, dziurawiąc ścianę. Rummelmann też przemówił, że to on objął “Die Judenfrage” i pokaże Żydom, co on potrafi. Stamtąd szpalerem z OD rozstawionymi co pięć kroków, poszli do restauracji Wachtla, bijąc każdego OD. U Wachtla tak Grunow pobił wszystkich, że aż rękę sobie skaleczył. Pobiegł więc naprzeciw do apteki, zrobił opatrunek, wrócił i zasiadł do ryb po żydowsku i pieczonej gęsiny. W międzyczasie kazał załadować do mojej dorożki rzeczy na przyjęcie w domu. Nanieśli więc mięsiwa, ryb, drobiu, serów, pieczywa, likieru, wódki itd. Stamtąd znów do Rachla, a stąd do SS, na ulicę Chyszowską. Tam oni zostali, a mnie posłali po szwagra Grunova - Kanna, na ulicę Nowy Świat, aby przyjechał natychmiast, lub na ósmą wieczór był na ulicy Urszulańskiej.

Wróciłem wykonawszy polecenie i zabrawszy gości z SS pojechałem na gestapo. Tu czekałem i pilnowałem rzeczy w dorożce. Z dyżurki zadzwonili do Judenratu, wzywając w dziesięciu minutach prezesa Volkmanna i zastępcę Lehrhaupta. Gdy ci przybiegli poprosiłem o zwolnienie, gdyż koń cały dzień nie jadł i był na półdziki z jazdy. Naturalnie zwolnienia nie otrzymałem, gdyż i prezes bał się o tym w ogóle mówić. Miałem tylko dostać przepustkę nocną. Zwróciłem się więc do Oberscharführera z tym samym. Zabrał wszystkie trunki i rzeczy na górę i obiecał o tem pomówić. Czekałem jeszcze godzinę. Potem, a była już godzina dziesiąta wieczór, zawiozłem ich do szefa gestapo Paltena, z dwiema kobietami. Dali mi dwa papierosy “Tryngla” i kazali jechać do domu, a za jazdę miał mi dobrze zapłacić Judenrat.


Ciąg dalszy - w kolejnym wpisie na blogu