Poszukujemy - Odkrywamy

Poszukujemy - Odkrywamy

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Na początek...

Blog  Exploratora będzie raczej nietypowy.
Co jakiś czas pojawią się bowiem na nim informacje, które trafiły do redakcyjnego archiwum, ale z różnych przyczyn nasze zespoły badawcze już raczej nimi nie będą się zajmować.

Eksploracją zajmujemy się bowiem od wielu już lat, za nami setki przeróżnych przygód, spotkań i wyjazdów w teren i teraz, jak określił to obrazowo jeden z kolegów, jeżeli za tematem nie przemawiają sensowne dokumenty, to naszych szanownych czterech liter do samochodu, w celu weryfikacji, pakować już raczej nie będziemy.

Poza tym swego czasu Marek Dudziak, założyciel magazynu „Odkrywca”, zwrócił nam uwagę, że jest chyba lepiej kiedy temat „żyje” niż kiedy dogorywa na dnie archiwalnej szuflady…



I jeszcze kilka uwag: 
  • z oczywistych przyczyn musimy utajniać (RODO) nazwiska informatorów,
  • nie interesują nas opinie, czy ktoś uważa zdobyte przez nas informacje za prawdziwe czy nie,
  • jeżeli ktoś chce dołączyć do zabawy prosimy o kontakt mailowy: explorer@ant.biz.pl; podeślemy temat do opracowania (oczywiście inny niż te z bloga), a później zaprosimy do naszej piaskownicy.

Skarby prokuratora - część druga: piwnica

Prokurator Palewski (nazwisko zmienione) lubi piwo. Na przykład w kultowej wrocławskiej Mleczarni. Lubi poopowiadać o swoich ustaleniach i na dodatek nieco nam ufa - o tym będzie w następnym odcinku.

Na razie skupia się na opowieści faceta, któremu swego czasu pomógł – Ślązaka, którego nazwiska najpierw za bardzo nie pamięta, ale na kolejnym spotkaniu sobie przypomina – Sosinka. Konrad Sosinka. SS-man.

To zapewne dlatego że był SS-manem w archiwach zachowały się dokumenty na jego temat, do których dotarł Piotr Maszkowski – jego artykuł ma datę 18 lutego 2013 r. W związku z tym, że sprawę opisał dosyć wyczerpująco – posilimy się fragmentami jego artykułu dopisując kontekst wprowadzony przez prokuratora.

Maszkowski:„Urodzony w Beuthen na Śląsku Scharführer Konrad Sosinka miał sporo szczęścia. Na początku wojny jako 19-latek wstąpił do SS, otrzymując stosunkowo bezpieczną posadę. Został kierowcą Sturmbannführera Ledewiga stacjonującego przez większość wojny w Kętrzynie. Dopiero we wrześniu 1944 trafił z głębokiego zaplecza frontu do Francji”.

Prokurator: Sosinka twierdził, że w szeregi SS wstąpił w wieku 18 lat. Po przeszkoleniu został kurierem – woził teczki z dokumentami organizacji po całej Europie. Nie była to zbyt wyczerpująca służba - czasami nudził się przez tydzień czy dwa bez jakichkolwiek zadań, a czasem przez kilkanaście dni pod rząd jeździł z dokumentami. Z czasem trafił do Wolfschanze i zamieszkał w koszarach w trzeciej strefie ochrony. Tu miał jeszcze mniej roboty. Z nudów zachodził często do znanej żołnierzom (choć twierdził też, że wówczas jedynej) gospody w Kętrzynie.


Maszkowski:„W czasie pobytu w Kętrzynie rozmówca zaprzyjaźnił się z rodziną Hempel, posiadającą duży wielobranżowy sklep oraz restaurację i kawiarnię, a nawet pretendował do ręki córki Hemplów – Margaret”. I to mu się udało, ale nie bez kłopotów.

Prokurator: Restaurację prowadził Carl Hempel, który podobno był też jakimś funkcyjnym urzędnikiem (Landratem?). Problem w zawarciu małżeństwa był taki, że jedna z babek Margaret nie była „czystą” Aryjką. Ponadto ona była ewangeliczką a on katolikiem. Wszystko rozwiązał znajomy pastor po prostu udzielając im ślubu – świadkami byli jego koledzy z SS i rodzice dziewczyny.

Czasy zwycięstw niemieckich w końcu minęły, front był coraz bliżej. Hempel, zamożny przecież, zaczął się obawiać o swój majątek.

Maszkowski:„Dyskretnie więc, przy pomocy przyszłego zięcia, ukrył najcenniejsze kosztowności jakie posiadał (…).

Wkrótce front przetoczyłsię przez tamte okolice, wojna się skończyła.

Wiele lat później, w kwietniu 1973 r. w Kętrzynie pojawił się brat Margaret.

W aktach sprawy o jednoznacznie brzmiącym kryptonimie: "Skarb" jest zapis meldunku złożonego przez tajnego współpracownika kętrzyńskiej bezpieki o pseudonimie "Ira". Okazało się bowiem, że brat Margaret natknął się na mieszkańca dawnej kamienicy Hampela, który był akurat informatorem Służby Bezpieczeństwa.

Prowadzący„Irę” niejaki kapitan Skiba miał jednak pewne zastrzeżenia co do wiarygodności autora doniesienia i przytoczonych przez niego faktów: "Tw ps. "Ira" jęz. niemiecki zna biegle i miał możliwość podsłuchać i zrozumieć treść prowadzonej rozmowy w piwnicy. Pomimo to, należy się liczyć z tym, że rozmówca (T-w) jest znany z chwalenia się, ze stwarzania fantazji, dlatego też część informacji o rzekomych tunelach od budynku (...) do kościoła i zamku, gdzie rzekomo mają być ukryte skarby, ewentualnie dokumenty, może być wyobraźnią Tw”.

Do zbadania sprawy został oddelegowany inspektor operacyjny z Wydziału d/s SB Komendy Powiatowej MO w Kętrzynie ppor. Waldemar Stankiewicz.

Dochodzenie rozpoczęło się od wizji lokalnej, która została przeprowadzona z udziałem Tw. ps. "Ira", w kamienicy i znajdującej się pod nią piwnicy.


"Lustrowane piwnice są rozczłonkowane i mają kształt starych lochów. Między piwnicą nr 6, a głównym piwnicznym korytarzem znajduje się ściana grubości ponad 1,5 m, na tej ścianie od strony korytarza znajduje się niewielka i płytka nisza, przy której są świeże ślady zdrapywania tynku, wg słów "Ira" tynk ten został zeskrobany przez osobników, którzy byli tam w dniu 6 kwietnia 1973 r. i sprawdzali, czy to jest stary tynk" (…). We wskazanym przez b. Tw. "Ira" miejscu, zostało dokonane przebicie ściany na głębokości 75 cm (ściana ma grubość ok. 2 m), przebicia dokonywano z wnęki w ścianie głębokości 25 cm”.

W czasie tej weryfikacji nie zauważono, by znajdowało się tam jakiekolwiek wejście do ukrytego korytarza. „Nadmienić należy, że piwnica przedmiotowego budynku jest dwupoziomowa z tym, że poziom dolny jest zasypany gruzem, gruzem są zasypane również części piwnicznych korytarzy wychodzące na zewnątrz budynku. W czasie przebijania ściany na głębokości ok. 0,5 m znaleziono w niej kości i kawałek talerza fajansowego. Dalszych przebić nie dokonywano z obawy by nie spowodować uszkodzenia budynku".

Służbie Bezpieczeństwa udało się ustalić powiązania rodzinne Hampelów i natrafiono na Sosinkę. Postanowiono go przesłuchać.

"K. Sosinka naszkicował plan określając miejsce zamurowania wejścia. Po udaniu się do piwnic przedmiotowego domu, wskazał miejsce określając, że za murem będzie znajdowała się nisza. Rozbicie ścianki niszy zaprowadzi do piwnic II-ej kondygnacji. Istotnie po przebiciu ściany grubości ok. 80 cm znajdowała się nisza. Po przebiciu drugiej ścianki okazało się, że wejście prawdopodobnie jest zawalone gruzem i piachem. Wg wskazówek K.S. próbowano przebijać strop piwnicy. Te czynności również nie dały rezultatu. Przez około 1,7 m w głąb ciągnął się piasek pochodzenia lodowcowego. Fakt, że piwnice są dwukondygnacyjne potwierdził się, gdyż odkryto w piwnicy oznaczonej nr 1 właz i osiem schodków prowadzących w głąb. Jednak odkryte pomieszczenie zawalone było gruzem z okresu odbudowy i adaptacji budynku. Napotkano również na trudności wynikające z zagruzowania znacznej części piwnic właśnie z okresu odbudowy. Wobec powyższego, odstąpiono od dalszych poszukiwań i penetracji do czasu wyjaśnienia niektórych sprzeczności, jakie zarysowały się pomiędzy relacją K. Sosinki, a stanem faktycznym piwnic”.

„W lutym 1975 roku, po ponownym przeanalizowaniu materiałów sprawy, kętrzyńskie SB planowało, już na własną rękę, bez udziału Sosinki, przeprowadzić kolejne odwierty przy pomocy bardziej wydajnych wierteł. Przygotowano nawet szczegółowy plan działań i szkic techniczny podziemi. Nie wydaje się jednak by je kiedykolwiek zrealizowano”.

Prokurator: Po ślubie ojciec dziewczyny zawołał go do pomocy i poznania tajemnicy: pod knajpą była piwnica zastawiona meblami a pod nią druga – podobno po Krzyżakach - wchodziło się do niej po kręconych schodach,a połączenie z niej miało być aż do kościoła i klasztoru.

Kiedy znosili tam skrzynie – jedna upadła i wysypało się sporo kamieni szlachetnych. Obrazy Rubensa i Rembrandta wycinali i chowali zwinięte w potężnych gilzach artyleryjskich, które później zalutowywali. Po zniesieniu kilkunastu skrzyń do piwnicy pozostawiali tam liczne pułapki minerskie i wszystko zamurowali.

Jak zbliżył się front matka Margaret weszła na wieżę i rzuciła się w dół. Carl Hempel uciekając ciężarówką z meblami i częścią majątku zginął podczas bombardowania w pobliżu Poznania, a Margaret dostała pomieszania zmysłów i odwieziono ją do ich drugiego domu w górach Harzu. Tam później zmarła w domu dla psychicznie chorych. Sam Sosinka, jako że miał ślady po tatuażu SS który próbował wywabić, został zesłany na Kołymę i dopiero po śmierci Stalina zwolniony do domu.

Z czasem zaczął pracę w energetyce na Śląsku i powtórnie ożenił się.

Jednak zamaskowane ukrycie nie dawało mu spokoju i w końcu zdecydował się pojechać do Kętrzyna zobaczyć, jak to wygląda. W domu mieszkali jacyś ludzie, a chciał przecież zobaczyć piwnicę. Wrzucił zatem drogą zapalniczkę Ronsona do kratki piwnicznej i pod pozorem jej poszukiwania - że niby jest pamiątkowa – został wpuszczony na dół. Pamiętał, że była to jedna duża przestrzeń, ale obecnie była poprzedzielana ściankami i nie mógł poznać miejsca. Twierdził jednak, że skoro Rynek jest cały, to znaczy, że nikt do ukrycia nie wszedł, bo wówczas zdetonowałby pułapki i byłyby ślady po wybuchu.


I na tym historia poszukiwań się skończyła.

Wejście do krzyżackich podziemi było z boku szerokiej kolumny w piwnicy.

Po lewej stronie tej kolumny.

wtorek, 9 grudnia 2025

Skarby Prokuratora: część pierwsza - Legnica

 Prokurator Palewski (nazwisko zmienione) jest wysokim, szczupłym mężczyzną doskonale wyglądającym jak na swój wiek – pracę w prokuraturze zakończył przecież wiele lat temu a obecnie prowadzi we Wrocławiu wraz z żoną kancelarię prawną. Ale nadal nie dają mu spokoju informacje z którymi zetknął się w trakcie swojej pracy, a które nie znalazły jak dotąd potwierdzenia. To dzięki niemu natrafiamy na interesujące dokumenty; w tym wypadku są to zeznania złożone przez jego kolegę - prokuratora w stanie spoczynku Emila Urbańskiego. Zeznania zostały zaprotokołowane w Prokuraturze Rejonowej w Legnicy 6 września 1993 r. – a mowa w nich o czasach dużo wcześniejszych - źródłem informacji miał być niezidentyfikowany 75-letni wówczas (w 1972 lub 1973 r.) mężczyzna, którego do prokuratora Urbańskiego przyprowadził ówczesny prokurator powiatowy Józef Bzdęga – sprawa dotyczyła obiektu zajętego przez stacjonującą w Legnicy Armię Radziecką, a Urbański zajmował się sprawami związanym z zagranicznym obrotem prawnym.  Bzdęga został w 1977 r. przeniesiony służbowo do Gdyni; sporządzone podczas przesłuchania dokumenty nie zostały zarejestrowane oficjalnie w prokuraturze i jak sądzi Urbański ma je żona Bzdęgi - Wanda.

Po latach, 18 marca 1992 r. Urbański zgłosił sprawę Jerzemu Milewskiemu – ówczesnemu szefowi Urzędu Bezpieczeństwa Narodowego w kancelarii prezydenta RP, ale tematu nikt nie podjął, dlatego zdecydował się na zgłoszenie osobiste w prokuraturze. Co też nic nie dało.

Główny informator do pracy w Niemczech wyjechał zapewne jeszcze przed wojną „za chlebem”, gdyż podczas wojny nie miał statusu robotnika przymusowego – był człowiekiem wolnym. Pracował jako murarz, posadzkarz i stolarz, a zlecenia otrzymywał między innym od osób będących na stanowiskach państwowych.

Wiosną 1945 r. kiedy wojska radzieckie zbliżały się do Wrocławia, jego pracodawca – był nim prawdopodobnie prezes sądu karnego w Legnicy, polecił mu zabrać narzędzia murarskie i zaprowadził na teren Sądu Okręgowego. O zmroku na podwórko, które jeszcze w tym czasie, czyli kiedy spisywano pierwotny protokół (1972-73 r.) było otoczone wysokim murem, wjechały wojskowe ciężarówki, zakryte plandekami, z których wysiedli żołnierze SS (około dwudziestu) i około dwunastu więźniów.  Razem z więźniami świadek zamurowywał w piwnicy, w części przyległej do kotłowni centralnego ogrzewania, część korytarza, tworząc wnękę. Po wykonaniu fragmentu muru do wnęki więźniowie wnieśli drewniane, ciężkie skrzynie, podobne do skrzyń używanych do przenoszenia amunicji artyleryjskiej.  Po ustawieniu ich w niszy (było ich około trzydziestu) świadek dokończył murowanie ścianki i zgodnie z poleceniem, że ścianka ma się nie różnić od sąsiednich, oprószył ją pyłem węglowym i kurzem. Po zakończeniu pracy ukrył się w zakamarkach piwnicy, bo o świcie w mieście pojawili się już żołnierze radzieccy.


Po przesłuchaniu przez Urbańskiego mężczyzna wykonał szkic ukazujący położenie skrytki i zgodził się pojechać na miejsce, by ją wskazać. Udał się tam z prokuratorem powiatowym (Bzdęgą), który wykonał własny szkic umiejscawiający miejsce ukrycia w budynku sądowym. Obaj prokuratorzy (Urbański i Bzdęga) postanowili nie rejestrować tego przesłuchania, ani nie informować o nim przełożonych aż do czasu, gdy budynek nie zostanie przekazany władzom polskim, bowiem stacjonowała tam jeszcze wówczas komendantura garnizonu wojsk radzieckich.

 Budynki obecnego sądu okręgowego przy ul. Złotoryjskiej 40 wzniesiono w latach 1870-1873.Pierwotnie w obiekcie mieścił się niemiecki Sąd Krajowy i Okręgowy Land - und Amts Gericht. Po II wojnie światowej od 1945 roku gmach zajęła radziecka Komendantura Wojskowa. Po opuszczeniu miasta przez wojska radzieckie w 1993 r. budowla została przekazana władzom polskim. 



Do zespołu budynków Sądu Okręgowego wchodzi trzykondygnacyjny gmach zbudowany z czerwonej cegły w kształcie litery T z głównym wejściem znajdującym się od ulicy Złotoryjskiej oraz budynek postawiony w latach 30. XX wieku stojący przy ulicy Gwarnej. Obiekt przylega do budynku pierwszego, wzniesiony został na planie prostokąta.

Oczywiście po zapoznaniu się z dokumentami na miejsce udał się zespół badawczy Exploratora. Dzięki pomocy działu technicznego sądu udało się ustalić miejsce dawnej kotłowni, która, po wielu przebudowach została zaadaptowana na cele dla przywożonych na przesłuchania osadzonych.

Jedynym miejscem nie przebadanym była przestrzeń pod schodami wejściowymi, którą nikt nigdy się nie zainteresował. Zapewne słusznie – jeżeli prokurator ze świadkiem został wpuszczony na teren komendantury wojsk rosyjskich musiał on wyjawić powód swojej wizyty.

Dlatego raczej już nie ma co szukać. Choć może, gdyby przeprowadzić dokładną inwentaryzację piwnic to kto wie…

piątek, 22 sierpnia 2025

Likwidacja getta w Tarnowie. Początki

10 grudnia 1945 r. w pomieszczeniach Sądu Okręgowego w Tarnowie spotkało się troje ludzi: kierownik tego sądu - Bronisław Maciołowski, będący jednocześnie członkiem Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, protokolantka Barbara Ferensówna i Izaak Izrael - świadek. Po przedstawieniu świadkowi ewentualnych skutków składania fałszywych zeznań (przywołano stosowne artykuły Kodeksu Postępowania Karnego) rozpoczęło się przesłuchanie.

Sędzia, w ciągu trwającej aż trzy dni procedury, nie zadał ani jednego pytania. 

Getto w Tarnowie zostało utworzone w lutym 1942 r; zlikwidowano je w pierwszych dniach września 1943 r. Na obszarze ówczesnej dzielnicy Grabówka przebywało około 40 tysięcy osób - w tym Żydzi z Austrii, Czechosłowacji i terenu III Rzeszy. W czerwcu 1942 r. 10 tysięcy ludzi zostało wywiezionych do ośrodka zagłady w Bełżcu. 7 tysięcy rozstrzelano w lasach pod Zbylitowska Górą i Skrzyszowem, 3 tysiące zamordowano na terenie cmentarza żydowskiego w samym Tarnowie. Pozostałych wywieziono do obozów pracy w Szebniach i Płaszowie, oraz do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.  

Sześćdziesiąt lat później, przypadkiem, zbierając materiały do całkiem innego tematu, natrafiliśmy na te zeznania. Pracując nad nim nie zauważyliśmy nawet, że czytelnia oddziału IPN w Rzeszowie powinna być już dawno zamknięta i personel nerwowo spogląda na zegarki, pobrzękując ostentacyjnie kluczami.  

Dokument jest porażający. Można zrozumieć dlaczego sędzia nie zadał ani jednego pytania...

 Początki

Nazywam się Izrael Izaak, urodzony w Tarnowie, 21 marca 1905 r. Dorożkarz, wdowiec. 

Mieszkałem przed wojną w Tarnowie przy ul. Widok 45a, we własnym domku. Powodziło mi się bardzo dobrze, miałem cztery dorożki, konie i furmanów. Nie uciekałem nigdzie z wybuchem wojny. Od pierwszej chwili stałem do dyspozycji Niemców i musiałem za darmo ich obwozić dorożkami. 

Podczas palenia dużej synagogi stałem służbowo na placu “Pod Dębem”, o dwadzieścia metrów od pożaru. Zaczęło się to nocą 9 listopada 1939 r. Wokoło bożnicy mieszkali sami Żydzi, którzy zaczęli w koszulach, boso, uciekać z domów, gdyż wydawało się, że pożar obejmie całą dzielnicę. Polacy z huty i baraków na Pogwizdowie, sama szumowina, za zgodą, wiedzą i z namowy żandarmów niemieckich wynosiła wszystko z domów. Wokół rozlegał się płacz, krzyk i lamentowanie. Pozwolono mi odwozić dzieci do rodzin, mieszkających w innych dzielnicach. Byłem świadkiem, jak żołnierze wrzucili jakiegoś uciekającego Żyda w płomienie bożnicy. Udało mu się stamtąd uciec, był poparzony, palił się. Od tego czasu żyliśmy w ciągłym strachu. 



Najpierw przyjechał oddział gestapo na powiat. Wyszli na ulicę i bili każdego napotkanego Żyda. Na pytanie, dlaczego to robią, odpowiadali: “Czemuś się nie kłaniał?”. Gdy się kłaniano - też bili. Po mieście krążyło kilka aut żandarmów. Było to o ósmej rano. Łapano każdego przechodzącego Żyda, badano, lub brano do auta. 

Dnia 24 kwietnia zatelefonowano do mnie o czwartej nad ranem, bym natychmiast przyjechał na gestapo. Gdy jechałem ulicami przez miasto, wszędzie napotykałem trupy Żydów. Spotkałem wtedy uciekającego w szlafroku dr Goldmana z Krakowa, lekarza okulistę. Uciekł spod kuli. Opowiadano, że ukrywał się później przez trzy dni w polu, na ulicy Polnej, nieprzytomny ze strachu.

Na ulicy Lwowskiej 10, Wałowej, Kopernika i w Rynku widziałem trupy Żydów w nocnej bieliźnie. Odwiozłem wtenczas potajemnie do szpitala krewnego Szyji Stuba, wysiedlonego z Bielska, który nie zmarł od razu po otrzymanym strzale. Zmarł po operacji. Było wtedy 60 zabitych. 

W maju 1942 r. zadzwonił Grunov do Judenratu po moją dorożkę, jako że była najlepsza, na godzinę jedenastą. W tym dniu bowiem przyjechał do Tarnowa gestapowiec Rummelmann, który objął dział Żydów w Tarnowie. Pojechałem pod gestapo z komendantem policji żydowskiej Bienenstockiem i czekałem do godziny dwunastej. O dwunastej nadszedł Rummelmann i Grunov. Na początek zdążyli już zastrzelić Żyda Hermana Weismana. Rozkazali trupa szybko uprzątnąć.

Wtedy cały dzień jeździłem z Grunovem i Rummelmanem. Objeżdżałem z nimi całe miasto, gdyż Grunov oprowadzał wszędzie gościa. Najpierw zajechaliśmy pod restaurację Bachla. Gdy stamtąd po dwóch godzinach  wyszli, doszli do mnie z rewolwerami i musiałem się egzaminować, czy znam ich tytuły i nazwiska. Stamtąd pojechaliśmy galopem z rewolwerem przystawionym do pleców do restauracji Sułka. Gdy stamtąd po dwóch godzinach wyszli, Grunov był już zupełnie pijany, z rewolwerem w ręce. Musiałem znowu recytować, jak się nazywa, jaką ma rangę i stamtąd znowu galopem na Limanowskiego 12, do mieszkania Żyda Stuba, gdzie mieszkał jako sublokator z kochanką. Zażądał jeden litr koniaku od Stubów w przeciągu dziesięciu minut, jeśli nie – kara śmierci. Stamtąd pojechali do fotografa Kaczarowskiego zrobić sobie zdjęcie. Grunov stale z rewolwerem przy moich plecach. Od fotografa znów do restauracji, a stamtąd do Judenratu, ale powoził już Grunow i batem bił po drodze napotkanych Żydów.

W Judenracie pobił wszystkich z Ordnungs-Dienstu (OD). Wszedł na służbówkę OD i zastawszy tam zastępcę szefa OD Wassermana, kazał mu otworzyć usta i włożył mu do ust lufę rewolweru. Następnie zbił go, zbił też Millera, pierwszego komendanta, i z miejsca zamienił ich funkcje. Szefem OD tzw. “Jedynką” został Bienenstock. Drugim zastępcą został Miller, a trzecim Wasserman.

Stąd poszli do prezesa Judenratu Volkmanna, przedstawił go Rummelmanowi, strzelając równocześnie do niego. Kula przeleciała tuż przy głowie, dziurawiąc ścianę. Rummelmann też przemówił, że to on objął “Die Judenfrage” i pokaże Żydom, co on potrafi. Stamtąd szpalerem z OD rozstawionymi co pięć kroków, poszli do restauracji Wachtla, bijąc każdego OD. U Wachtla tak Grunow pobił wszystkich, że aż rękę sobie skaleczył. Pobiegł więc naprzeciw do apteki, zrobił opatrunek, wrócił i zasiadł do ryb po żydowsku i pieczonej gęsiny. W międzyczasie kazał załadować do mojej dorożki rzeczy na przyjęcie w domu. Nanieśli więc mięsiwa, ryb, drobiu, serów, pieczywa, likieru, wódki itd. Stamtąd znów do Rachla, a stąd do SS, na ulicę Chyszowską. Tam oni zostali, a mnie posłali po szwagra Grunova - Kanna, na ulicę Nowy Świat, aby przyjechał natychmiast, lub na ósmą wieczór był na ulicy Urszulańskiej.

Wróciłem wykonawszy polecenie i zabrawszy gości z SS pojechałem na gestapo. Tu czekałem i pilnowałem rzeczy w dorożce. Z dyżurki zadzwonili do Judenratu, wzywając w dziesięciu minutach prezesa Volkmanna i zastępcę Lehrhaupta. Gdy ci przybiegli poprosiłem o zwolnienie, gdyż koń cały dzień nie jadł i był na półdziki z jazdy. Naturalnie zwolnienia nie otrzymałem, gdyż i prezes bał się o tym w ogóle mówić. Miałem tylko dostać przepustkę nocną. Zwróciłem się więc do Oberscharführera z tym samym. Zabrał wszystkie trunki i rzeczy na górę i obiecał o tem pomówić. Czekałem jeszcze godzinę. Potem, a była już godzina dziesiąta wieczór, zawiozłem ich do szefa gestapo Paltena, z dwiema kobietami. Dali mi dwa papierosy “Tryngla” i kazali jechać do domu, a za jazdę miał mi dobrze zapłacić Judenrat.


Ciąg dalszy - w kolejnym wpisie na blogu

Likwidacja getta w Tarnowie. Pierwsze wysiedlenie

Wysiedlenie zaczęło się 18 czerwca 1942 r.

Zaraz w pierwszą noc posłał po mnie prezes, bym przyjechał z wszystkimi dorożkami, i wtedy wolno było całą noc chodzić i rejestrować się w firmach. Późną nocą przyjechało gestapo pod Judenrat i obstawiło budynek. Przywieźli papiery z “Arbeitsunfähig”, i nakazali urzędnikom sporządzić listy: Arbeitsunfähing - od 50 do 60 lat i od 12 do 13, i osobno ludzie ponad 60 lat. Żona i dzieci do lat 13 należały do tej samej kategorii co mąż; nad ranem OD zanosiło karty wysiedlenia i odbierało meldekarty. Później każdy OD dostawał jedną ulicę, tam zbierał wszystkich idących na wysiedlenie i prowadził całą grupę na Rynek, gdzie oddawał ich w ręce gestapo.



Pierwszą noc jeździłem do 7.30 rano. Rano spałem przy ul. Legionów, przy firmie Lanego; czekałem na brata, który tam był kierownikiem i chciałem tam zarejestrować żonę, jako pracującą, ponieważ z zawodu była krawcową.

Mogłem wtedy zarobić dużo pieniędzy, ale nie chciałem. Przyszedł wtedy stary rabin Josef Chaim Teitelbaum z córką. Miał iść po pieczątkę na gestapo, ponieważ był rabinem rządowym i należał do Judenratu. Chciał mi zapłacić bardzo dużo, ale nie chciałem od niego pieniędzy i zawiozłem go bez pieniędzy. Powiedział mi wtedy “Bóg Ci to wynagrodzi”. Stamtąd pojechałem wprost do domu, puściłem konia do stajni i o ósmej miałem jak i wszyscy stawić się do szkoły Czackiego po pieczątki. Pobiegłem pod szkołę Czackiego, stało tam kilka tysięcy ludzi w kolejce, w salach siedzieli gestapowcy. Wszystkie drzwi, z cudu tego rabina,  stały jednak przede mną otwarte. Wszedłem prosto, mimo, że inni stali w kolejce, ja przechodziłem i nikt nic nie mówił. Wszedłem do sali i tam siedział Sturmführer Rummelmann. Doszedłem do stołu z meldkartą, a on mi się pyta “Was für ein Beruf?”. Odpowiedziałem mu: “Kutscher”, mówię, że w zeszłym tygodniu jeździłem z nim cały dzień, a on na to “Mensch, hast du Glück” i dał mi od razu pieczątkę. Spytał się kogo mam jeszcze, a gdy mu powiedziałem, że mam żonę i córeczkę, kazał im też dać pieczątki. Nie wiedziałem nawet, czy to dobra pieczęć czy zła, bo to było pierwszy raz, kiedy dawano podwójne pieczątki - ja dostałem okrągłą pieczątkę. Dopiero po drodze spotkałem OD i on mi powiedział, że prezes i urzędnicy Judenratu dostali takie same, i że to jest dobra pieczątka.

O godzinie 8.30 byłem już z powrotem w domu.

O godzinie 9.00 przybiegł do mnie OD, że mam natychmiast jechać do prezesa. Po dwóch dniach i dwóch nocach jazdy, musiałem jechać dalej. Jeździłem cały dzień i całą noc, a o czwartej nad ranem otoczyli Judenrat. Przyszedł też OD Mendlaufer i mówi: “Izaak, ty tutaj? Ty masz wysiedlenie, ja byłem u ciebie w domu, zawiadomiłem żonę i macie pójść, oddaj meldkartę”. Ja mu nie chciałem jej dać. Przyszedł OD Keller i mówi: “Izaak nie stawiaj się, patrz, ja jestem OD, mam pieczątkę i też mam wysiedlenie”. Pojechałem wprost do domu, zapakowałem walizki, a konie były tak zmęczone, że nie chciały nic jeść, i o 5.30 rano zabrał nas OD razem z kilkuset innymi ludźmi. Na rogu Polnej i Widoku jechał akurat mój furman i mówi do mnie: “Panie gospodarzu, gdzie pan idzie, sam słyszałem, jak gestapowiec czytał - kto ma pieczątki, ten nie idzie na wysiedlenie”. Poprosiłem o zwrot meldekarty OD, ale ten nie chciał się zgodzić, kazał mi iść na gestapo. Gdy odszedł po innych ludzi i staliśmy chwilkę na Polnej, złapałem dorożkę, wsadziłem żonę i dziecko i pojechałem na gestapo. Tam nie było nikogo. Pojechałem więc pod Judenrat, ale tam była masa ludzi. Ledwo dostałem się do Reissa i opowiedziałem mu wszystko. Reiss kazał mi wrócić, żeby mi natychmiast oddano papiery. OD nie zgodził się na to, ale go chciałem pobić, więc mi je zwrócił. Pojechałem znów pod Judenrat z żoną i córką w powozie, tudzież z walizkami. Dehrhaupt ustawiał właśnie ludzi z pieczątkami i miał z nimi pójść na Rynek, pytać się gestapo, co robić. Mnie też kazał stanąć w ogonku, ale ja nie ruszałem się od konia i powozu. W pięć minut później wrócił sam Lehrhaupt, bez ludzi. Zostali na rynku do wysiedlenia. Wtedy w budynku i na podwórzu Judenratu było kilkaset ludzi z pieczątkami i bez pieczątek. Wtem nadjechało gestapo autem, a ja stałem wtedy w sieni. Mignąłem z daleka na furmana, żeby odjechał z żoną i dzieckiem. Przyjechali po cztery dziewczęta do roboty, i kazali dać tylko takie, które miały pieczątki.

Parę minut przedtem stałem w sieni z teściem dyrektora Schippera i słyszałem jak mówili, że ci z pieczątkami będą wolni. Gdy poszli po te dziewczęta, ja stanąłem przy drzwiach i skoczyłem na aryjską dorożkę, która mię odwiozła do domu. Pół  godziny później nadjechała dorożka do sąsiada. Sąsiad przyszedł do mnie i powiedział: “Bój się Boga, co się tam dzieje, kilkaset trupów!”.



 godzinie jedenastej brat mój chciał pójść do swojej żony i dziecka, a mieszkał przy innej ulicy. Jak tylko wszedł do mieszkania nadbiegł OD Sambor i wyciągał go na plac Magdeburski z żoną i dziećmi. Całą ulicę Starodąbrowską i Dwernickiego, gdzie były baraki z największą biedotą żydowską, wygnano wtedy na kontyngent na Plac Magdeburski. Judenrat miał wtedy dostarczyć sześciuset ludzi i dostarczył najbiedniejszych. Przyszedł znajomy OD Klahr do brata i powiedział: “Co ty tu robisz? Uciekaj!”. Brat zabrał żonę i synka i uciekł do mnie. 

Resztę wtedy rozstrzelano. Nikt z tej ulicy nie został przy życiu – później brat bał się przebywać w domu, gdyż nie miał pieczątki. Zabrał mojego konia i powóz i wyjechał na miasto – tak czuł się pewniejszy.

W tym dniu nie wolno było być Żydom na ulicy. Chcieli go zastrzelić, więc uciekł z koniem i powozem na ulicę Spadzistą, do dorożkarza Wielgusa. Gospodyni bała się, że to Żyd, wzięła konie i powóz, wprowadziła na oborę, a jego wygnała. Zdjął więc bluzę, aby nie iść z opaską i przybiegł do mnie polami. O godzinie 4.30 przybiegł sąsiad Klein, rzeźnik, miał obok mnie szopę na własnej parceli, powiedział do mojej żony: “Bój się pani Boga, co się tam poniżej dzieje, idą gestapowcy z Krakowa, SS i Baudienst i strzelają każdego z pieczątką i bez, przeważnie mężczyzn”. Żona poczęła mnie prosić, abym się schował, nie chciałem, ale w końcu uległem jej prośbom i schowałem się do piwnicy. Drzwiczki od piwnicy zarzucili drzewem i ustawili leżak, który zakrywał drzwi. Gdy gestapo weszło do mieszkania, mieli wtedy opieczętować moje mieszkanie, bo ja byłem jeszcze wcześniej przeznaczony do wysiedlania i byłem na liście. Właściwie to najpierw weszli do moich lokatorów Garderów i Friedhaberów z Krakowa. Friedhaber uciekł i schował się do dołu kloaczego, a chłopak jego dziewięcioletni uciekł w pola. Trzynastoletni chłopak Garderowej ukrył się na strychu stajni. Została tylko Garderowa z siedmioletnią córeczką i Friedhaberowa. Wszedł SS do mieszkania, wyciągnął je i parę kroków za bramą zastrzelił. Weszli do drugiego mieszkania, gdzie mieszkali Dorflauferowie, też z Krakowa, ale byli już wysiedleni. Zostały dwie córki i syn. Gdy SS uzgodniło, że zostały dzieci wysiedlonych, nie zabrali rzeczy, bo byli bardzo biedni. Prawie wtedy bratowa weszła do stajni z dzieckiem, które miało półtora roku. Gdy moja córeczka widziała, że SS wchodzi do nas, zawołała: “Mamusiu, ja tu nie będę” i wbiegła do stajni. SS od razu wszedł do klozetu, potem na strych, a gestapowiec wszedł do mieszkania i powiedział do żony, że  jeżeli jest tu ktoś ukryty, to je wszystkie wystrzela, więc niech powie prawdę. Ona powiedziała, że się nikt nie ukrył. Pyta się więc żony, gdzie ja jestem. Odpowiedziała mu, że jestem furmanem i pojechałem do Judenratu. W międzyczasie SS zeszedł ze strychu, a ja leżałem pod schodami. Drzewo się przewróciło, i byłem pewny, że to usuwają drzewo. Mówię więc do brata: “Chodźmy, ostatnia nasza chwila”, wdziałem czapkę, powiedziałem: “Szalom Izrael” i chciałem wyjść. W międzyczasie gestapo legitymowało żonę o pieczątkę. Żona miała pieczątkę, przyszedł SS ze strychu i Baudienści i powiedzieli, że nie ma nikogo. Baudienści zaraz też pobiegli do szaf i chcieli rabować, a gestapo powiedziało, że nie wolno nic brać, gdyż tu wszystko w porządku. Lokatorzy pięć minut wcześniej widzieli mię w mieszkaniu i nie wiedzieli, że się ukryłem, ale gdy gestapo wróciło i pytało o mnie, też powiedzieli, że jestem Kutscherem i pracuję w Judenracie. Na szczęście nie weszli do stajni i nie zaglądali do dołu kloacznego. Odeszli od nas szczęśliwie.

 


Naprzeciw nas mieszkał krawiec Sielberman, któremu rano wysiedlono żonę i dwoje dzieci. Był schowany za szafą; wyciągnęli go zza szafy i zaczęli bić, a on wołał: “Wy katy i na was przyjdzie czas”, za nim stał jednak jeden z toporem, tylko mignął nim i uciął Silbermanowi głowę.

 W następnym domu mieszkał profesor z Krakowa, wraz z żoną i synkiem. Żona i synek mieli pieczątki. Profesora oraz jego sublokatorkę wyprowadzono pod moją furtkę i tam zarąbał ich Baudienst siekierą.

Wszyscy byli pijani. Ta kobieta sublokatorka żyła jeszcze i bardzo stękała. Usłyszał to gestapowiec, wrócił do niej i zastrzelił ją z rewolweru. Później kazał ten gestapowiec wyjść żonie profesora z synkiem - ona bardzo płakała i prosiła o życie - oglądnął, że ma pieczątkę i puścił ją. W międzyczasie koledzy, którzy jeździli dorożkami tam i z powrotem widzieli zabitego mężczyznę przed moją furtką i powiedzieli innym, że to mnie zabili i że ja nie żyję.

W następnym domu mieszkała rodzina z czworgiem dzieci. Jedna starsza córka miała pieczątkę, a ojca matkę, dwie siostry i jednego brata zabito siekierami w jej obecności. Mówiła później, że nic nie płakała, bo płakać nie mogła.

Poszli o dwa domy dalej. Tam mieszkali Waldowie – ojciec, matka, dwie siostry i brat – wszystkich zabili siekierami. Jedną siostrę, Estkę, oglądałem później - miała głowę osobno odrąbaną.

 Tak szli przez całą ulicę Widok i w każdym domu zabijali dwie do trzech osób, bez różnicy, czy się miało pieczątki czy nie. Za chwilę przyjechały platformy i zabierały wszystkie trupy.

 Później zaczęliśmy wychodzić z kryjówek. Zeszli się do mojego mieszkania, bo ich były zapieczętowane. Temu z dołu kloacznego musiałem dać się całkiem przebrać i umyć. Syn jego wrócił z pola. Wszyscy po całodniowym poście zjedli dopiero coś i położyli się u mnie spać. O 4.30 rano przybiegł Wielgus - dorożkarz, u którego był mój koń. Doniesiono mu, że mię zabito. Wołał przez okno: “Pani Izaakowa”, chciał się pytać, co robić z koniem i powozem, bo mąż został zabity. Ja otworzyłem okno, a on zawołał: “To ty żyjesz, bo tu wczoraj donieśli, że cię zabito”. Posłał mi więc powóz z parobkiem do domu.

 O ósmej rano chciałem wyjechać swoją dorożką do miasta. Gdy ujechałem ulicą parę metrów zatrzymał mnie gestapowiec krakowski, ten, który w poprzedni dzień tu mordował. Spostrzegłem, że kilka metrów dalej klęczą ludzie. Musiałem jechać z tym gestapowcem, oraz z OD Berkelhamerem i Baudienstami do każdego domu na ulicy Widok. Baudienści wchodzili do każdego mieszkania żydowskiego i wyganiali wszystkich Żydów na ulicę. Gestapowiec krakowski wszystkich legitymował. Tych, którzy mieli pieczątki ustawił po jednej stronie, a którzy nie – po drugiej. Niektórzy starsi Żydzi, którzy nie mieli pieczątek, a których ustawiono pod ścianą zaczęli odmawiać modlitwę “Widuj”. Niektórzy, a byli to krawcy, którzy pracowali dla wojska, wyszli wprost od maszyn i warsztatów i pokazywali, że są robotnikami i pracują dla wojska, ale ten gestapowiec nic się nie odzywał, tylko legitymował i ustawiał ludzi. Z kilku domów zebrał wszystkich i powiedział: “Z pieczątkami wszyscy do domu, tych bez pieczątek ustawić czwórkami”.

OD ich prowadził, Baudienści szli z tyłu, a następnie ja dorożką wiozłem gestapowca. Doszliśmy do placu na ulicy Widok. Tam musieli klęknąć wszyscy z głowami do ziemi. Pilnowało ich Schupo, a myśmy wrócili znowu na ulicę Widok w górę. Jechałem, aż kazał się zatrzymać przed domem 45. Mieszkała tam matka i córka aptekarza ze Lwowa. Matka miała lat 80, a córka 60. Wyprowadził je z domu i kazał je odprowadzić osobno na plac. Potem weszli do mojego domu - 45a. Prosiłem, że to jest mój dom, moja żona i córka. Reszta się ukryła, prócz jednego chłopca, o którego też prosiłem, że jest sam jeden i że jest u mnie, bo matkę mu zabrali. I zostawił wszystkich.

 Potem jeździłem dalej, aż do trzeciej po południu, po tej samej ulicy i skończyliśmy aż pod numerem 110 i pojechaliśmy do placu zbornego na Widok. Tym dwóm starszym kobietom kazał gestapowiec iść pod mur i gdy podjechaliśmy troszkę bliżej, on mówi do mnie: “Masz siekierę i utnij im głowy”. Ja zacząłem go błagać, że nie potrafię, że ja potrafię tylko jeździć końmi, a nie umiem nawet drzewa rąbać. On się roześmiał, wyciągnął rewolwer i zastrzelił je.

 Pojechaliśmy znowu na plac zborny. Tam były same rodziny. Niektóre po pięcioro dzieci, sami znajomi, a każdy wołał do mnie: “Panie Izaak, pozdrów pan moją żonę”, inny wołał: “Pozdrów moją mamusię, męża, itd.” Ja kiwałem tylko głową, a nic nie mogłem mówić. Niektórzy klękali też z pieczątkami i prosili, że mają pieczątki. Tych ustawiono osobno i gestapowiec kazał zaprowadzić ich na urząd gestapo, dla zbadania pieczątek, bo mówiono, że były już fałszowane pieczątki. Resztę zaprowadzono do szkoły Czackiego. Następnie odwiozłem tego gestapowca do miasta na Gestapo. Później pojechałem na Judenrat i zameldowałem, że jeździłem tyle i tyle godzin z tym i z tym. Stało pod Judenratem trzynaście dorożek. Przyszedł Rummelmann do Judenratu, był tam chwilę u prezesa i kazał sobie podać dorożkę. Komendant Bienenstock mnie wybrał, bo mój koń i mój powóz były najlepsze. Jechałem z Rummelmanem dwie godziny, na co tenże wystawił mi kartkę, żeby mi Judenrat zapłacił. Jechał z nami OD Horowitz i on siedział przy mnie na koźle i niósł teczkę Rummelmana.

 Rummelmann zamówił mnie na sobotę, na godzinę 8.30. Tego OD też, pod Gestapo. Wtedy jechaliśmy odpieczętowywać mieszkania tych Żydów, którzy mieli pieczątki, ale nie było ich w domu, bo byli  wtedy w gminie. Jeździliśmy tak przez cały dzień, według listy prezesa Judenratu Volkmana. Wtedy była w Judenracie rejestracja do pracy tych, którzy pracowali w firmach, a nie dostali pieczątek, a prócz tego rejestrowano do pracy nowych ludzi. Prezes też wystawił listę, że są mu potrzebni lekarze, dorożkarze, malarze i inni robotnicy. Zebrał wtedy meldekarty i pojechał na Gestapo do Rummelmana po pieczątki. Ja go wiozłem, Rummelmann dał trochę pieczątek. Wszystkim dorożkarzom też dał pieczątki.

 W poniedziałek znowu zaczął się dalszy ciąg wysiedlania. Na ulicę Widok już prawie nie zachodzili, bo nie było po co.

Siedziałem w domu cały dzień. Wciąż słyszałem strzały, gdyż od mojego domu nie było daleko do cmentarza. Poszedłem na strych, wyciągnąłem dachówki i wszystko widziałem, co się działo na cmentarzu. W dniu tym było o wiele mniej zabitych, niż w pierwszym dniu wysiedlania. Wtedy prowadzili wszystkich na Rynek, tam wybierali mocnych, silnych i młodych ludzi - dawali im pieczątki i kazali ustawić się osobno. Wieczorem odprowadzili transport na stację do wagonów.

Wozy jeździły, zbierały z całego miasta trupy, a tym, którzy mieli pieczątki, kazali wracać do domu.

Na cmentarzu pracowano całą noc. Zaprowadzono tam bowiem elektrykę. Wożono całą noc z Judenratu na cmentarz wódkę, kiełbasę, papierosy, piwo i Schupo jadł i pił przy strzelaniu i grzebaniu. Grzebali też Żydzi wyznaczeni z Judenratu, a tych, którzy nie mieli już siły dłużej grzebać, strzelano. Niektóry pijany SS brał kilku Żydów i robił z nimi gimnastykę. Kazał im biegać wśród pomników tam i z powrotem. Kazał im się wspinać na drzewa cmentarne i na wysokie pomniki, a później ich strzelał.

To wszystko widziałem z dachu mojego domu. 

W getcie zrobił się popłoch. Gdy stałem przy bramie Judenratu, stał tam też OD Teitelbaum, Żyd wysiedlony z Niemiec. Inny OD, jakaś Polka, i jedna Żydówka w żałobie wyszli poza getto. Za chwilę zadzwonił po mnie gestapowiec Jeck, i pojechałem z nim na stację - tam złapał na stacji tę Żydówkę i Polkę, przywiózł je do getta, zaprowadził do prezesa, pytał kto je wypuścił, a jedna z nich powiedziała, że nie zna nazwiska tych OD. Przyjechał Rummelmann i wydał rozkaz, że za pół godziny wszyscy OD mają być w getcie. Po pół godzinie przyjechali znowu Jeck i Rummelmann i kazał zebrać OD za pięć minut na podwórzu Judenratu. Zapytał się od razu: “Kto tu miał służbę w bramie o godzinie jedenastej?”. Dyżurny skontrolował w książce i powiedział, że OD Teitelbaum ten z Niemiec, bo był drugi o takim nazwisku, ale z Polski. Zapytał go Rummelmann, czy wypuścił tę panią poza getto, odpowiedział, że tak. Zapytany dlaczego, odrzekł, że szły z jakimś OD więc wypuścił. Zapytano się go więc, kim był ten drugi, który je wyprowadził. Pokazał więc na drugiego, który nazywał się Krieger. Rummelmann kazał więc całej czwórce się odwrócić, a reszcie OD rozejść się. Gdy się rozeszli, od razu te dwie kobiety i dwóch OD zastrzelił.

Ja musiałem odwieźć wtedy trupy na cmentarz. Z wozu ciekła krew na całą drogę.

 Jeszcze przedtem, podczas przesłuchania pytał się Rummelmann tej kobiety Żydówki, czemu uciekła z getta. Odpowiedziała, że słyszała, iż ma być wysiedlenie. Wtedy on rzekł, że wysiedlenia żadnego nie będzie, ale za to, że wy - Żydzi sami robicie popłoch – to kara.

Na drugi dzień, mimo wszystko, popłoch się zwiększał. Mówiono coraz więcej o wysiedleniu. Mój furman odwiózł Rummelmana o godzinie 7.30 wieczór do domu i prosił go o Bezugsschein, że będzie mógł przyjechać po niego jak zwykle, bo wie, że będzie wysiedlenie i nie pozwolą mu getta opuścić. Wtedy Rummelmann śmiał się, ale w końcu się rozgniewał, i powiedział, że żadnego wysiedlenia nie będzie, że Żydzi są mądrzejsi od niego, i więcej wiedzą, bo on o niczem nie wie i żadnego wysiedlenia nie będzie.

 We wtorek znowu jeździłem z Rummelmanem, znowu jeździliśmy odpieczętowywać mieszkania. Do którego mieszkania wszedł, przeglądał rzeczy, sukno, dobre ubrania, złoto i pieniądze i zbierał to do walizki. Woziliśmy to do jego biura, ja zanosiłem i wkładałem do jego biurka. Gdzie trafił na podwórzu jakiegoś Żyda, legitymował go, a który nie miał pieczątki, strzelał go na miejscu.

Gdy po ulicy z nim jeździłem, a który Żyd mu się nie ukłonił, kazał mi stanąć, przywoływał Żyda, legitymował go, a gdy ten nie miał pieczątki strzelał go, a gdy miał pieczątkę, pytał się, dlaczego się nie kłania. Gdy Żyd odpowiedział, że go nie zauważył, brał ode mnie biczysko, odwracał drugim końcem i tak długo bił po głowie, aż się krew lała. Tak było przez jakiś czas. Później, gdy się to rozeszło pomiędzy Żydami, rozpoznawali już mojego konia z daleka, i albo prędko się chowali, albo kłaniali się aż do ziemi.

 Nad ranem przyszła do mnie bratowa z dziećmi, bo wiedziała że mam kryjówkę nad stajnią. Było tam już czterdzieści osób i bratowej było za duszno. Zeszła z powrotem i poszła do męża tam, gdzie się ukrył. Tam była bardzo dobra kryjówka w piwnicy, z której było drugie wyjście. Drzwi były zamaskowane drzewem i węglem. Do pierwszej piwnicy napuszczono dużo wody, tak, że zakryła wszystko. Nikt by tam nie odkrył niczego i byli bardzo bezpieczni. A więc wszyscy moi, którzy nie mieli pieczątek, ukryli się. Ja zbierałem się do wyjazdu na plac.

Wtem przybiegł ktoś do domu i wołał, że na placu dają pieczątki dodatkowo młodym ludziom i że już kilku pieczątki otrzymało. Jeden z mojego bunkra też wyleciał na plac i dostał pieczątkę. Nazywał się Wolf Luksemberg. Stałem wtedy w dorożce na Placu Magdeburskim, gdy ten Luksemberg podbiegł do mnie i pokazał, że ma pieczątkę i pobiegł do domu ukryć się.

Miałem w tym bunkrze siostrę, dwuletnią córeczkę i szwagra. Szwagier też wybiegł z bunkra, gdyż był młody i zdrowy i pobiegł na plac. Zrobił się popłoch, nadbiegło dużo ludzi, bo każdy chciał mieć pieczątkę, a wówczas gestapowcy, którzy siedzieli przy sobie na środku placu, kazali wszystkim klękać do wysiedlenia. Było już na placu kilka tysięcy ludzi, klęczeli głowami do ziemi, a który podniósł głowę był bity do nieprzytomności. Od czasu do czasu niektóry z klęczących wstawał, podbiegał do stołu i udawało mu się dostać pieczątkę. Mój szwagier też wstał, chciał dolecieć do stołu, ale jeden SS zaczął go tak bić, że go ogłuszył i zamiast lecieć z powrotem do szeregu biegł w inną stronę. Wtedy SS strzelił za nim i on upadł. Ci, którzy klęczeli, nie widzieli tego, bo musieli głowy trzymać przy ziemi. Tylko ja widziałem z góry śmierć swojego szwagra, i nie mogłem mu nic pomóc.

 We czwartek, w trzeci dzień wysiedlenia w Tarnowie, znowu nie wolno było Żydom wychodzić na ulicę. Siedziałem cały dzień w domu. Co parę minut przychodził SS z OD i legitymowali, czy się ma pieczątki. W tym dniu było o wiele więcej trupów niż w dniu drugim. W tym dniu wozili starców i dzieci do Zbylitowskiej Góry, w pobliże majątku Żaby, za klasztorem. Tam Baudienści kopali doły. Na drugi dzień opowiadali okoliczni gospodarze, iż widzieli, jak żywe dzieci wrzucano do dołów, a za dziećmi wrzucano granaty, a potem zasypywano ziemią. Wszyscy - dzieci i starzy - musieli rozebrać się do naga. Starych strzelali z karabinów maszynowych.

 W piątek rano przyjechałem pod Judenrat. Przybiegł zastępca komendanta OD Wasserman, oraz urzędniczka Leiblowa z pakunkiem dla ojca, który dzień przedtem był wysiedlony. Grupa, w której się znajdował, była umieszczona jeszcze na Piaskówce, w barakach przy strzelnicy. Pojechałem tam, ale w międzyczasie już wywieziono wszystkich w niewiadomym kierunku, i nikogo nie zastałem.

Z powrotem wróciłem pod Judenrat. Tu zbierano ludzi, by posłać ich na cmentarz. Trzeba było zmienić grabarzy, którzy byli już bardzo zmęczeni, a prezes bał się, że gdy opadną z sił, zostaną rozstrzelani. Pojechałem tam z OD meldować, że przychodzą inni ludzie. Nie chcieli ich przyjąć, bo mówili, że tylko jeszcze jedna godzina roboty. Skończyli robotę, wyprowadzili grabarzy do szkoły Czackiego, by ich wysiedlić. Pojechał tam jednak prezes i wyprosił ich zwolnienie. Tak zakończyło się pierwsze wysiedlenie. Mówiono, że na wysiedlenie poszło wówczas w niewiadomym kierunku sześć tysięcy, a na miejscu zabito dwanaście tysięcy Żydów.


Ciąg dalszy - w kolejnym wpisie