Poszukujemy - Odkrywamy

Poszukujemy - Odkrywamy

wtorek, 8 czerwca 2021

Na początek...

Blog  Exploratora będzie raczej nietypowy.
Co jakiś czas pojawią się bowiem na nim informacje, które trafiły do redakcyjnego archiwum, ale z różnych przyczyn nasze zespoły badawcze już raczej nimi nie będą się zajmować.

Eksploracją zajmujemy się bowiem od wielu już lat, za nami setki przeróżnych przygód, spotkań i wyjazdów w teren i teraz, jak określił to obrazowo jeden z kolegów, jeżeli za tematem nie przemawiają sensowne dokumenty, to naszych szanownych czterech liter do samochodu, w celu weryfikacji, pakować już raczej nie będziemy.

Poza tym swego czasu Marek Dudziak, założyciel magazynu „Odkrywca”, zwrócił nam uwagę, że jest chyba lepiej kiedy temat „żyje” niż kiedy dogorywa na dnie archiwalnej szuflady…



I jeszcze kilka uwag: 
  • z oczywistych przyczyn musimy utajniać (RODO) nazwiska informatorów,
  • nie interesują nas opinie, czy ktoś uważa zdobyte przez nas informacje za prawdziwe czy nie,
  • jeżeli ktoś chce dołączyć do zabawy prosimy o kontakt mailowy: explorer@ant.biz.pl; podeślemy temat do opracowania (oczywiście inny niż te z bloga), a później zaprosimy do naszej piaskownicy.

Łąki – podziemna fabryka?

 W latach 1946 – 1947 Państwowa Inspekcja Gospodarki Materiałowej we Wrocławiu prowadziła intensywne badania terenu Dolnego Śląska poszukując tak zwanych „remanentów” poniemieckich, czyli wszystkiego, co mogło przydać się przy odbudowie zniszczonej wojną gospodarki. Do inspekcji napływały ogromne ilości informacji, jednak w większości opatrzone komentarzami typu: „podobno”, „mówi się”, „słyszano”.

Inżynier Puchajda, kierownik ówczesnej szkoły szybowcowej w Grunowie pod Jelenią Górą otrzymał informacje, że po prawej stronie Nysy Łużyckiej, naprzeciwko położonej na drugim brzegu Żytawy (Zittau), w miejscowości Łąki (Klein Schonau) znajdują się podziemia, do których prowadzi wjazd kolejowy zatarasowany zwaliskami gruzu. Głównym informatorem miał być dawny pracownik fabryki zatrudniony przy transportach konnych.


Twierdził on, że obiekt jest częścią naziemnej fabryki lotniczej. Podziemia znajdują się na wyniesionym terenie przylegającym bezpośrednio do fabryki. Poza dwoma widocznymi włazami wskazał on dalsze dwa, także zniszczone. Podziemia mają składać się z czterech korytarzy, zawalonych na długości około czterech metrów od wejść; korytarze mają mieć rozmiar 2x2 m, wszystkie posiadały tory kolejki, wyciąg linowy przy włazie i oświetlenie. Z jednego z zasypanych wejść podczas inspekcji zauważono ciągnące się na zewnątrz torowisko.

Korytarze miały mieć długość 120 m z odgałęzieniami w prawo i lewo. Informator podejrzewał, że miały to być składy podziemne, lub schrony przeciwlotnicze, a gdy po przejściu frontu powrócił na ten teren zastał wejścia już zniszczone.

16 kwietna 1947 r. odbył się wyjazd służbowy inspektorów na interesujący teren. Doniesienie okazało się prawdą - rzeczywiście obok budynków zakładu znajdowało się wzniesienie, na którym widoczne były dwa włazy. Pierwszy, o szerokości ok. dwóch metrów, wzmocniony prymitywnym belkowaniem był częściowo zawalony, widoczne jednak były fragmenty torowiska dla wózków, resztki kabli i dźwig linowy. Podobny dźwig linowy był zainstalowany przy drugim włazie, także zawalonym.


Postanowiono zająć się sprawą zatrudniając Przedsiębiorstwo Specjalne Roboty Górnicze z Wałbrzycha. W maju 1947 r. specjalista z tej firmy przeprowadził wizję lokalną, wskazując, że prawdopodobnie podziemia są zalane, na co wskazuje wysoki poziom wód gruntowych w tamtym miejscu. Tym niemniej prace zlecono do wykonania.

W zachowanych dokumentach nie ma jednak ani słowa o ich wynikach.

poniedziałek, 22 marca 2021

Tajemnice Ślęży - część 4

Pierwsze informacje o tym, że na Ślęzy mogą znajdować się ciekawe pozostałości II wojny światowej pojawiły się w 1974 r. kiedy to za zgodną polskich władz Przedstawiciele Ministerstwa Bezpieczeństwa NRD przeprowadzali rozpoznanie wśród autochtonów zamieszkałych w rejonie Sobótki. Prawdopodobnie oficjalnie chodziło o poszukiwanie zbrodniarzy wojennych czy tajnych organizacji faszystowskich, ale tematy pytań zdecydowanie odbiegały od oficjalnego celu, gdyż koncentrowały się głównie na ustaleniu transportów specjalnych jakie pod koniec wojny wjeżdżały na szczyt góry, systemu ochrony wejść na Ślężę itp.

Oczywiście później polski kontrwywiad przesłuchał ludzi będących w kręgu zainteresowań Stasi i stąd wiadomo, że góra była chroniona przez Wehrmacht i zasieki z drutów, a na szczycie były prowadzone działania specjalne i wjeżdżały samochody ciężarowe eskortowane przez SS, zawierające skrzynie z dokumentami i wartościowymi przedmiotami.

Odgrzebano wówczas list Orłowskiego, by utajnić działania i na tej bazie w 1979 r. sprowadzono na Ślężę żołnierzy, dźwig i inż. Zdzisława Gryskę z Wojskowego Instytutu Techniki Inżynieryjnej z odpowiednim sprzętem. Jak zapisano w dokumentach: „Prace podjęte w miejscu wskazanym przez Orłowskiego nie zostały zakończone z powodu pogody i niedostatku sprzętu”, za to… przeprowadzono badania na szczycie i ustalono duże anomalie magnetyczne.


























Dla sprawdzenia tych wyników dyrektor ówczesnego ośrodka archeologiczno – konserwatorskiego - Tadeusz Kaletyn wysłał na górę w październiku 1979 r. pracownika naukowego politechniki wrocławskiej Stanisława Sobańskiego  - otrzymano podobne wyniki z zastrzeżeniem, że wpływ na nie mógł mieć pracujący na szczycie nadajnik. W raporcie napisano: „Podsumowując całość przeprowadzonych badań można przypuszczać, że zarejestrowany anomalny obraz magnetyczny jest wywołany sztolnią lub podziemnym chodnikiem wykutym w skale. Chodnik ten prawdopodobnie stromo upada zbliżając się do zachodniego zbocza góry. Wylot tego chodnika znajduje się w rejonie objętym badaniami”.

Podobne badania w czerwcu 1980 r. przeprowadził Jan Łuczejko, który uznał jednak, że: „Wyniki były niejednoznaczne, nie dające żadnych jasnych odpowiedzi”.

Równolegle zainicjowane zostały kolejne działania, w tym kwerenda w dziale rękopisów Ossolineum i w czerwcu 1981 r. na Dolnym Śląsku pojawiła się wysłana z Warszawy urzędniczka o nazwisku Bukowska, która wraz z przedstawicielem Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej i dyrektorem Kaletynem, w towarzystwie lokalnego nadleśniczego i kierownika schroniska przeprowadziła na szczycie góry wizję lokalną mającą ustalić zakres prac przy poszukiwaniu lochów na szczycie. Przy okazji zebrano do badań porzucone na stoku góry szczątki sań, którymi prawdopodobnie wożono na górę skrzynie, by poddać je ekspertyzie.

W tajnej notatce urzędowej z maja 1981 r. Kierownik Biura Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich Bronisława Pijałkowska podsumowała wykonane prace: „Przeprowadzono badania na szczycie i ustalono duże anomalie magnetyczne wskazujące na istnienie podziemnego chodnika wypełnionego żelazem i metalami kolorowymi. Ze wskazań aparatury wyciągnięto wniosek, że na głębokości 7-10 m w badanym terenie znajduje się duża grota wypełniona metalowymi przedmiotami”.

Na tym badania zostały zakończone. Dobra ukryte w miejscu wskazanym przez Orłowskiego i te schowane przez SS na szczycie mogą spokojnie sobie niszczeć. Skutecznie chronią je przepisy dotyczące parków krajobrazowych i przede wszystkim niechęć urzędników różnych szczebli do przeprowadzania jakichkolwiek działań.

Na zdjęciach:

- Przedwojenna widokówka z widocznymi wejściami do podziemi
- Fragment raportu z badań elektroporowych
- Tajna notatka urzędnicza z wyjazdu na Dolny Śląsk

środa, 27 stycznia 2021

Tajemnice Ślęży - część 3

W 1817 r. Ernst von Luttwitz z Dzierżoniowa wybudował w Górce, u stóp Ślęży, niedaleko pałacu Kulmitzów słodownię i browar. Zakładano, że warzone tu będzie piwo typu bawarskiego (stamtąd ściągnięto fachowców) korzystając z wody z tzw. Źródła Piwnicznego, bijącego ze stoku Ślęży w odległości około kilometra od browaru.

Problemem okazała się jednak słaba trwałość piwa, a za przyczynę uznawano niedostatecznej jakości wodę. Zmieniano co jakiś czas mistrzów browarnictwa, ale oni też, zarówno Wiesner z Wrocławia, jak i Leykauf z Norymbergii nie poradzili sobie z problemem. Może dlatego, że do produkcji piwa brano też wodę ze stawu.


W 1864 r. von Kulmiz polecił wykucie w skale sztolni do leżakowania i czterech sztolni wodnych, które promieniście wpadały do cysterny gromadzącej wodę dla browaru; w końcu woda była wymaganej czystości i kolejny mistrz browarniany - Czech Burka - nieco zwiększył sprzedaż.

Browar był pokaźną firmą – słodownia zajmowała 2 tyś. m2, beczki miały łączną pojemność 8 tyś. hl. Piwo rozwożono wozami konnymi i dlatego na stanie było 40 koni. Piwiarnie browaru, obok Wrocławia, działały jeszcze w kilkunastu miejscowościach w tym w Wałbrzychu, Świdnicy Strzegomiu, Jaworze, a nawet Międzylesiu czy Lubaniu. Na końcu tzw. Doliny Rozalii, w parku należącym do browaru, funkcjonowała restauracja, z której rozciągał się widok na Ślężę.
Po wojnie browar przejęły browary wrocławskie i warzono tu trudne do wypicia piwo.


























Jak tylko w latach osiemdziesiątych browar zawiesił działalność nieistniejące już Polskie Towarzystwo Eksploracyjne uzyskało pozwolenie na przebadanie podziemi.
Bazowano na dwóch relacjach, z których jedna mówiła o tym, że w sztolniach miał mieścić się sztab Wehrmachtu, i drugiej, pochodzącej od mieszkanki jednej z okolicznych wiosek, że w podziemiach funkcjonował podczas wojny kilkupoziomowy szpital wojskowy.
Niestety, gruntowne przebadanie obiektu nie pozwoliło na jednoznaczne potwierdzenie źródłowych relacji. 
Choć niewątpliwie jednym z najciekawszych obiektów technicznych jest tam leżakownia o powierzchni 1398 m2, wykuta w skałach, która, jak zapisano jeszcze w przedwojennym opracowaniu „Nie ma sobie podobnej”. Dla chłodzenia tuneli używano bloków lodu wykuwanych zimą ze stawu przy pałacu i zwożonych z całej okolicy – jedna z podziemnych komór służyła jako magazyn. Lód układany był w przestrzeniach między stropem tuneli a skałą.



























I choć w samym browarze nie zostały żadne ślady historii II wojny światowej, warto jednak zwrócić uwagę na inne pozostałości w pobliżu podziemi browaru. Ciekawy pod tym względem wydaje się zwłaszcza kamieniołom przy Górze Anielskiej z dziwnymi pozostałościami dwóch betonowych basenów i sporą ilością nawiezionego do kamieniołomu szutru (z reguły się go stamtąd raczej wywozi…), oraz wykop przygotowujący do drążenia tunelu, znajdujący się w pobliżu pałacu w Sobótce Górce.


W następnym odcinku opiszemy prace poszukiwawcze, jakie zostały przeprowadzone na szczycie Ślęży.

Na zdjęciach:
- jedno z wejść do podziemi browaru
- plan podziemi
- "baseny" w kamieniołomie na Górze Anielskiej
- wykop w pobliżu pałacu w Sobótce Górce

środa, 18 listopada 2020

Tajemnice Ślęży - część 2

 Historia poszukiwań „skarbów” na Ślęży, w okresie po II wojnie światowej, nieodłącznie związana jest z osobą Mariana Orłowskiego z Głogowa. Już w 1948 r. zwrócił się on do dyrektora Muzeum Narodowego we Wrocławiu z informację, iż według jego wiedzy na stoku Ślęży znajduje się zamaskowana sztolnia. Mimo czterokrotnych spotkań rewelacje Orłowskiego nie wzbudziły w nikim zainteresowania. Na miejsce sprowadził zatem ówczesnego komendanta lokalnego posterunku Milicji Obywatelskiej o nazwisku Wojciechowski i sprawą zainteresował władze powiatowe, spotykając się z przewodniczącym powiatowej Rady Narodowej Żygadłem.

Oczywiście nadal nic się nie działo, w związku z tym po jakimś czasie Orłowski zaczął wysyłać pisma do premiera Jaroszewicza. W liście z 14 października 1978 r. pisał między innymi:

„Szanowny panie Premierze,

w roku 1946 zbierając grzyby na górze Ślęża spostrzegłem podejrzane miejsce skalne, a będąc synem kamieniarza, więc od dziecka jestem obeznany z urobkiem skały, zacząłem się zastanawiać, że prawie maskująco była urabiana skała przy drodze, dość pokaźna ilość skały była odstrzelona ze zbocza a brak śladów odwiertu, tylko jeden jedyny, i to około 60 cm. Drugie, co mnie się rzuciło w oczy to to, że dno odstrzału znajduje się na poziomie z drogą i nie jest jednolitą skałą (…) co oznacza, że podłoże było wykonane w celach maskujących. Plus jeszcze do tego w jednym miejscu między głazami wepchnąłem giętki kij na głębokość 2,2 m, co niezbicie dowodzi, że w tym miejscu był zgłębiony szybik (…).

Rozpocząłem penetrować miejscowe społeczeństwo, bo w tym czasie było jeszcze tam dużo Niemców i naszych, którzy podczas wojny tam pracowali. Od różnych osób i w różnym czasie zebrałem bardzo dużo prawdziwych wydarzeń, i faktów jakie wydarzyły się od jesieni 43 r. do jesieni 45 r. a zatem już za naszej władzy. Bo jesienią 45 r. w leśniczówce na przełęczy Tąpadła została wymordowana cała rodzina niemieckiego leśniczego, za co przez Niemców zostali obciążeni Rosjanie Ja ten mord skojarzyłem z przeładunkiem chowanych majętności, bo moim zdaniem ta niemiecka rodzina była przypadkowymi obserwatorami przeładunku przeoczonymi przez Niemców. (…)

Skojarzyłem też z zaistniałych faktów, kiedy i jak została wykonana sztolnia, bo jeszcze nawet po wojnie na kopalni magnezytu w Sobótce pozostały ślady (…)”

Mimo usilnych zabiegów Orłowskiego sprawie nie nadano wówczas żadnego biegu. Do czasu – ale o tym w następnym odcinku!