Poszukujemy - Odkrywamy

Poszukujemy - Odkrywamy

czwartek, 20 sierpnia 2026

Na początek...

Blog  Exploratora będzie raczej nietypowy.
Co jakiś czas pojawią się bowiem na nim informacje, które trafiły do redakcyjnego archiwum, ale z różnych przyczyn nasze zespoły badawcze już raczej nimi nie będą się zajmować.

Eksploracją zajmujemy się bowiem od wielu już lat, za nami setki przeróżnych przygód, spotkań i wyjazdów w teren i teraz, jak określił to obrazowo jeden z kolegów, jeżeli za tematem nie przemawiają sensowne dokumenty, to naszych szanownych czterech liter do samochodu, w celu weryfikacji, pakować już raczej nie będziemy.

Poza tym swego czasu Marek Dudziak, założyciel magazynu „Odkrywca”, zwrócił nam uwagę, że jest chyba lepiej kiedy temat „żyje” niż kiedy dogorywa na dnie archiwalnej szuflady…



I jeszcze kilka uwag: 
  • z oczywistych przyczyn musimy utajniać (RODO) nazwiska informatorów,
  • nie interesują nas opinie, czy ktoś uważa zdobyte przez nas informacje za prawdziwe czy nie,
  • jeżeli ktoś chce dołączyć do zabawy prosimy o kontakt mailowy: explorer@ant.biz.pl; podeślemy temat do opracowania (oczywiście inny niż te z bloga), a później zaprosimy do naszej piaskownicy.

Mieroszów (Friedland). Badania terenowe

 W połowie 2026 r. grupa badawcza Exploratora została poproszona o zweryfikowanie informacji mówiącej o tym, iż w ostatnim okresie wojny do lasów w okolicy Mieroszowa wjechał transport samochodów ciężarowych, dowożący nieustalone materiały, które miały zostać tam ukryte. Informacje zgłosiła do konserwatora zabytków córka bezpośredniego świadka.

Mieroszów w ostatniej fazie II wojny światowej odegrał pewną rolę w przemyśle zbrojeniowym III Rzeszy - wspominają o niej oficjalne powojenne opracowania historyczne, zarówno polskie jak i zagraniczne, dotyczą głównie działających w tamtym rejonie obozów pracy i filii obozów koncentracyjnych:

Od 8 września 1944 r. do 8 maja 1945 r. w Mieroszowie funkcjonował podobóz męski KL Gross Rosen. Przebywało w nim kilkaset osób (dane z 16 lutego 1945 r. mówią o 570), którzy pracowali w zakładach VDM i Fritz Schubert. Podczas ewakuacji część więźniów przeniesiono do Książa, a chorych do podobozu w Kolcach.

Komando of Gross Rosen (O 51/G 96), first mentioned 9.9.1944,. 500 prisoners, working with firm VDM, airplane parts and V2 (former inmates). The Kdo. was partly transferred to Ebensee on 3.03.1945, the remaining prisoners were liberated by the Russians on 9.05.1945.

Temat zakładów zbrojeniowych na tamtym terenie został także poruszony w Słowniku Geografii Turystycznej Sudetów: „Istnieją też słabo udokumentowane podejrzenia, że (więźniowie) mogli pracować przy drążeniu sztolni jakiegoś niezidentyfikowanego obiektu w pobliżu miasta, być może podziemnej fabryki zbrojeniowej”.

Dla przemysłu zbrojeniowego Niemiec w czasie II wojny światowej najistotniejsza na tamtym terenie była przeniesiona z głębi Niemiec filia zakładów VDM - jej wyroby były oznaczane kodem „ouk” przyporządkowanym: „VDM-Luftfahrtwerke A.G. Werk Friedland, Bez. Breslau”. Dla potrzeb wojny pracowała także fabryka Schuberta, jako oddzielna – jej wyroby miały oznaczenie kodowe „ehl”: „Schubert Fritz, Mobelfabrik, Friedland, Bez. Breslau.

Natomiast w wykazie kryptonimów niemieckich podziemnych budów z czasów II wojny światowej jest wpis: ”Rosenquarz” umiejscowiony w: „SchanzeFriedland”. Zgodnie z zasadami przyznawania kryptonimów zakład VDM w Mieroszowie powinien mieć zatem część podziemną w nowo wykutych sztolniach.



Wojska rosyjskie wkroczyły na tamten teren 9 maja 1945 r.: „Uwolnieni zostali wtedy więźniowie filii obozu koncentracyjnego Gross Rosen, dla których podobóz urządzono za torami kolejowymi w stronę Wałbrzycha. W latach 1942 – 1945 zmuszano ich do ciężkiej i niebezpiecznej dla życia pracy przy kuciu lochów. W podziemnych korytarzach i salach miano ukryć zakłady zbrojeniowe. Fragmenty lochów zachowały się przy ul. Żeromskiego, wybiegającej w stronę Różanej”.

Dziennikarka Joanna Lamparska tak napisała o Mieroszowie (Słowo Polskie, marzec 1995 r.): „Tuż obok położonego niedaleko Mieroszowa stoi niewielka, około 40 m wysokości góra. Opasana jest gruntową drogą, w miejscu której prowadziła kiedyś kolejka wąskotorowa. Wagonikami wywożono z wnętrza wzniesienia urobek. Bo mieroszowskie wzgórze kryje w sobie cztery dziwne sztolnie. Wszystkie miały się spotkać w jakimś dziwnym miejscu w samym centrum góry. Pierwsza ze sztolni ma tylko dwadzieścia metrów. Zagadkowe, że chodnik nie idzie prosto. Po dziesięciu metrach załamuje się pod kątem prostym. Podobnie w drugim przypadku. Dziesięć metrów prosto, dziesięć w lewo, czterdzieści prosto, piętnaście znowu w lewo. Tunele te wydrążono w czasie II wojny światowej i z pewnością nie służyły górnikom. Normalnie wyrobiska mają półokrągłe sklepienia, tunele mieroszowskie są idealnymi prostokątami. Dwa i pół metra wysokości, cztery metry szerokości. Jakby lada dzień miały być przykryte betonem”.

Dostępne wejścia - znajdujące się po południowej stronie góry, w okolicach skrzyżowania ulicy Hożej, Żeromskiego i drogi biegnącej w kierunku Kamiennej Góry przez Różaną - były badane w 1994 r. przez lokalnych eksploratorów. Oba wejścia do korytarzy są prawie całkowicie zasypane. Sztolnie są bardzo zniszczone i niebezpieczne. Nie zostały w żaden sposób wykończone; na końcu jednej ze sztolni widoczne są jeszcze wykonane nawierty pod dynamit; powierzchnia tej sztolni wynosi ok 70 m2, sztolni drugiej – ok 64 m2.

Na lewo od sztolni drugiej istnieje lej, mogący wskazywać na istnienie trzeciej sztolni; w sierpniu 1995 r. lokalna grupa poszukiwawcza rozpoczęła poszukiwania i tej sztolni, po dwóch dniach kopania natrafiono jednak na litą skałę. Jednym z ciekawszych ówczesnych ustaleń było odnalezienie kamiennej płyty na Kościelnej Górze, do połowy obsypanej ziemią (we wrześniu 1995 r.), na której przyjeżdżający z wycieczkami Niemcy często robili sobie zdjęcia. Przeprowadzono prace wykopkowe pod płytą, natrafiając na szczątki pobitych serwisów porcelanowych

Pogłoski wśród mieszkańców okolicy mówią o możliwych nawet sześciu sztolniach – wejścia miałyby znajdować się na terenie obecnego cmentarza (w kaplicach) oraz przy Czarcim Potoku. Lokalna grupa prowadziła tam nielegalne nocne prace wykopkowe w maju – sierpniu 1996 r. Interesowała się także oddaloną o 400 m górą Miłosz - ma się tam znajdować ziemna platforma ze śladami dwóch lub trzech wejść podziemnych. W pobliżu tej góry miały znajdować się trzy obozy pracy. W miejscu, w którym prawdopodobnie był wylot sztolni znajduje się pomnik. Ma to być miejsce, gdzie, jak twierdzi jeden ze świadków: ”Był schron dla pojazdów opancerzonych”.

Około 50 m dalej biegnie linia kolejowa, a w czasie wojny funkcjonowała tam rampa przeładunkowa.

Na samej górze (nie sprecyzowano której) mają znajdować się fundamenty jakiegoś budynku - prawdopodobnie są to pozostałości wcześniejszych założeń obronnych.

W połowie ulicy Ogrodowej ma przebiegać alejka wchodząca do lasu, a tuż za granicą drzewostanu mają znajdować się dwa dziwne zagłębienia terenu, jedno na prawo, przy głównej dolnej alei i kolejne - nieco wyżej na lewo od wejścia do lasu.

Analiza map wykonana przez wojsko potwierdza, że sztolnie były wykuwane w Górze Kościelnej (545 m npm) po zachodniej stronie Mieroszowa, ale interesująca jest także góra Rogal (670,70 m npm) - jest tam skarpa o wysokości ok. 10 m, i znajdująca się dalej na zachód góra Imielna, na której jest także zagłębienie głębokie na 5 m.

Teren ten był także w opracowaniu podczas inwentaryzacji terenowej pozostałości filii obozu Gross Rosen (na podstawie zdjęć lotniczych) związanych z kompleksem Riese.

W naszych zasobach zachował się jednak tylko opis wyników; brak mapy z naniesionymi ustaleniami.



Badania terenowe potwierdziły, iż w Mieroszowie znajdowały się dwa istotne dla ówczesnego przemysłu zbrojeniowego Niemiec zakłady zbrojeniowe VDM. W pobliżu zakładów po północnej stronie miejscowości, przy drodze wjazdowej do Mieroszowa rozpoczęto przygotowania do wykucia co najmniej trzech sztolni – prace zostały jednak przerwane przed ich wykonaniem (umiejscowione miały być przy drodze podobnie jak w pobliżu Leśnej). W miejscu najbardziej zaawansowanego wyrobiska znajduje się obecnie pomnik poświęcony więźniom, którzy tam pracowali.



W pobliżu zakładów znajdujących się po południowej stronie miejscowości rozpoczęto już wykuwanie sztolni - w Górze Kościelnej, także i te sztolnie nie zostały ukończone.

Wskazane przez córkę świadka miejsca w pobliżu Mieroszowa prawdopodobnie służyły ukryciu nieustalonych dóbr zktóregoś z tych zakładów.

Po uzyskaniu wszelkich zezwoleń właściciela terenu (Lasy Państwowe) i konserwatora zbytków, zostały przebadane dwa miejsca potencjalnego ukrycia. Przeprowadzono trzy niezależne badania magnetometryczne terenu przy pomocy różnego rodzaju sprzętu geologicznego oraz pomiary ramowym wykrywaczem metalu.

Wszystkie pomiary dały te same wyniki:

W wyrobisku nr. 1 pod usypanymi resztkami rozbitej porcelany, na głębokości ok 1m znajduje się spora masa elementów metalowych (o masie co najmniej 100 - 200 kg).

W wyrobisku nr. 2 występuje bardzo duża anomalia magnetyczna rozpoczynająca się przy północnej ścianie wyrobiska i ciągnąca się ponad niego. Wskazuje to albo na wysokie nasycenie tego fragmentu terenu minerałami ferromagnetycznymi, albo na dużą ilość stalowym elementów ukrytych w ewentualnej wykutej tam wcześniej sztolni.



Utrudnieniem przy prowadzeniu dalszych weryfikacji jest fakt, że oba wyrobiska znajdują się w strefie przygranicznej, zaledwie kilkaset metrów od granicy z Czechami, jak też niechęć właściciela terenu (lasów Państwowych) do prowadzenia jakichkolwiek działań.

Wyniki badań zostały przedstawione zleceniodawcy i na tym weryfikację zakończono.

środa, 12 sierpnia 2026

Ludzie z „Miasta”. Świat przestępczy na tropie skarbów

 Lata dziewięćdziesiąte były czasem swoistej gorączki poszukiwań dóbr ukrytych pod koniec II wojny światowej. Światek eksploratorów co jakiś czas obiegały zdjęcia wyciągniętych „fantów”, a już oliwy do ognia dodał przypadek z okolic Jeleniej Góry – wracający skrótem do domu po pijaku obywatel utknął jedną nogą w dziurze. Kiedy ją wyswobodził zainteresował się swoim butem, który został na dole, co było dla niego szczęśliwym i nieszczęśliwym trafem. W skrytce, która pod jego ciężarem się zarwała było siedem sztabek złota, świecznik i drogocenna biżuteria. Znalazca ów świecznik i kolię podarował szwagrowi a sztabki (każda o wadze około siedmiu kilogramów) posprzedawał złotnikom. Za uzyskane pieniądze kupił dom sobie i siostrze i zaczął balować. Złoto sprzedawał w Zielonej Górze, żeby być jak najbardziej anonimowym. Problem pojawił się przy jednej z ostatnich sztabek. Złotnik, któremu ją oferował miał jakieś kontakty z przestępcami i przy kolejnej dostawie prosił o przybycie dopiero następnego dnia, rzekomo, żeby mieć czas na zgromadzenie gotówki. Nazajutrz na szczęśliwca czekało dwóch przedstawicieli „miasta” który uprzejmie poprosili o wydanie sztabki i wskazanie miejsca, z którego pochodziła. Wkrótce „siedziały” na nim trzy grupy przestępcze – ze Szczecina, Zielonej i Jeleniej Góry.

Tyle wiemy z dokumentów, do których udało się dotrzeć. Nazwiska owego znalazcy i jego dalszych losów nie udało się ustalić.

 Po rozpoczęciu poszukiwań pierwszego „Złotego pociągu” - w Piechowicach - w tamtej okolicy na początku 1999 r. pojawiło się aż około dwudziestu grup poszukiwawczych, głównie z Wrocławia. Rok wcześniej na Dolnym Śląsku działała, na zlecenie mafii z Bydgoszczy, kompetentna, złożona z dawnych oficerów Służby Bezpieczeństwa, ekipa śledcza. Dotarła ona do praktycznie wszystkich osób znających te sprawy w Jeleniej Górze i okolicy.

Jednym z tematów, którymi się zajmowała były sprawy sprzętowe. Podobnie jak nasi eksperci wysłannicy „miasta” mieli mieszane uczucia co do działania amerykańskiego Omnitrona, ale mimo tego na podstawie jego wskazań jedna z ekip poszukiwawczych pruła górę w Piechowicach, w poszukiwaniu rzekomej sztolni idącej z poziomu drogi, od… góry góry (!).

Oczywiście grupa badawcza Exploratora przeprowadziła swego czasu testy także i tego sprzętu. By było w miarę obiektywnie pożyczono złoty pierścionek od jednej z kobiet, został on zakopany na terenie przypadkowego kawałka lasu i udzielono kobiecie instrukcji, jak urządzenie działa. Otóż wkłada się dwie sondy z cewkami zasilanymi z urządzenia w ziemię, po czym obchodzi je z różczkami hiszpańskimi (też podłączonymi do baterii). Różczki krzyżują się wskazując kierunek poszukiwań. Po kolejnym obchodzie powstaje linia, wzdłuż której idzie się, aż rzeczone różczki ponownie się skrzyżują. W wyniku tego owa kobieta znalazła swój pierścionek z dokładnością do pół metra! Jeden z kolegów skomentował, że to dlatego, iż płeć piękna zawsze znajdzie swoją własność. Inne próby nie były tak efektowne, choć znalezienie w kompletnie nieznanym terenie sporego kawałka blachy zakopanego pół metra pod ziemią zaburzało nasze wątpliwości. Sprzęt daliśmy do przebadania na Politechnikę Wrocławską. Okazało się, że najwartościowszym jego elementem jest torba fotograficzna Canona, skórzana, a w plastykowym pudełku był prosty generator fali prostokątnej. Wskaźnik pokazywał jedynie poziom baterii.


Wracając jednak do wysłanników mafii na Dolny Śląsk – plany mówiły o przekazaniu dwóch zamówionych magnetometrów lokalnym badaczom – dawnemu współpracownikowi SB i dziennikarzowi, by przebadali trzynaście wytypowanych przez nich miejsc. Wysłannicy uznali wówczas, że najciekawszą dokumentację ma Andrzej S. (swego czasu kontaktował się on z Exploratorem i pokazał miejsca znalezisk, dzięki którym kupił sobie dom). O wynikach ich współpracy z przedstawicielami mafiosów w dokumentach nie udało się nic znaleźć.

Niekiedy sprawy kończyły się smutno – tak jak Romana J. który miał dokopać się do skarbów w Bolkowie (wywieziono ponad pięćset ciężarówek urobku) i został zastrzelony pod swoim domem w Kowarach. Ponoć dlatego, że kasę wytracił, a złota nie znalazł.

Minęły lata, „ludzie z miasta” zniknęli z pierwszych stron gazet. Ale chyba nie do końca – jeden z naszych współpracowników po kolejnej zmianie władzy został zaproszony do ministerstwa w sprawie odzyskiwania zaginionych dóbr kultury. Wrócił zdruzgotany – przedstawiciel ministerstwa nie ukrywał, że mogą przyjąć patronat, ale na zasadzie, że za każde włożone dziesięć złotych będzie uzysk rzędu tysiąca. Jako prowizja do kieszeni urzędnika.

Tyle nie dają żadne giełdy. A zwłaszcza nie dają eksploratorzy.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Skarby Prokuratora: część czwarta - Riese

Tematem Gór Sowich raczej się nie zajmujemy. Za wielu tam ekspertów, za mało szczegółowych danych i ogólnie zbyt tłoczno. Nie mówiąc o mnogości teorii, z UFO na czele. Wyjątkiem przez jakiś czas był zamek Książ, gdzie przeprowadziliśmy badania podziemi i samego zamku zakończone przekazaniem do administracji opracowania wskazującego jakie było planowane przez nazistów przeznaczenie obiektu  i w którym miejscu ewentualnie można czegoś ciekawego poszukać. Jako że obalona zostały w nim większość sensacyjnych teorii, opracowanie zostało zamknięte na dnie szafy, bo zamki przecież żyją tajemnicami i duchami wałęsającymi się nocą, przy brzęku kajdan i chybotliwych płomieni świec, a nie jakimiś tam realiami.

Prokurator Palewski (nazwisko, jak już wspominaliśmy zmienione) w trakcie swojej pracy na Górnym i Dolnym Śląsku natrafiał między innymi na różne ciekawe sprawy związane z II wojną światową a jednym z tematów, związanych z nim osobiście, było także „Riese”.

Bowiem jego Ojciec Bronisław skończył przed wojną szkołę oficerską, ale nie zdążył otrzymać patentu – wybuchła wojna. Został strzelcem ciężkiego karabinu maszynowego i podobno w pierwszych dniach wojny skosił, jako pierwszy, trzech Niemców na raz. Podczas okupacji był dowódcą oddziału Armii Krajowej a po zakończeniu działań, w 1945 r, osiadł w Piławie Górnej. Były to pierwsze dni wolności - mieszkający tam jeszcze Niemcy mieszkali na dole, a Polacy na górze tamtejszych domów; na piętrach przygotowywano stanowiska ogniowe – mieszkańcom zagrażali maruderzy rosyjscy i niemieccy. W Piławie Górnej stacjonowało też wówczas jakieś dowództwo radzieckie. Była tam gazownia i popsuł się jeden z silników elektrycznych. Rosjanie zabrali Bronisława, jako fachowca od elektryki, i zawieźli w góry, a po przejechaniu jakiegoś mostka, zawiązali oczy i wjechali do podziemi. Po, jak oceniał, około dziesięciu minutach od wjazdu dotarli do sporej, mocno oświetlonej hali, w której na regałach stała duża ilość silników elektrycznych. Jako, że nie wiadomo było który będzie pasował zabrano kilka i samochód wyjechał inną drogą – w pewnym momencie przejechali pod mocno szumiącym w podziemiach wodospadem i wyjechali w innym niż wjeżdżali miejscu – być może nawet w innej miejscowości. Później pojechali tam jeszcze raz, bo okazało się, że przywiezione silniki nie pasowały – do pomocy wzięto jakiegoś inżyniera – Niemca czy Rosjanina.


Palewski stwierdził, że może nam pokazać, gdzie ma być ta sztolnia, przez którą wjeżdżał jego ojciec. Na miejscu zaprowadził nas do… kompleksu Jawornik.

Raczej jest mało prawdopodobne, by tam mógł wjeżdżać w głąb góry samochód z jego ojcem - sztolnie nie są wystarczająco szerokie.

Ale być może któremuś z badaczy Riese ta krótka informacja powie coś więcej?

czwartek, 2 kwietnia 2026

Skarby Prokuratora: część trzecia - pieczęć

Zanim na scenie ponownie pojawi się prokurator Palewski (nazwisko zmienione), musimy powrócić do jednego z dosyć dawnych wyjazdów weryfikacyjnych w pobliże Wałbrzycha. Jeden z kolegów zasugerował wówczas wizytę u znajomego przedsiębiorcy, który kupił spory zabytkowy obiekt w okolicy i zaprasza na wizytę.

Dlaczego nie – dodatkowa kawa nigdy nie zaszkodzi. No, może niektórym, ale oni pijają wyłącznie herbatę.

Pałac, do którego wstąpiliśmy, kupił jeden z lokalnych biznesmenów z intencją, że powstanie tu jego siedziba rodowa. Jako że obiekt jest ogromny, zdążył odremontować jedynie oficynę po prawej stronie. Plany inwestycyjne miał odważne – w końcu całość zajmowała powierzchnię (pałac i oficyny) około 5000 m2. Pokiwaliśmy ze zrozumieniem głowami życząc sukcesu i optymizmu, bo swego czasu podobne opowieści słyszeliśmy od właściciela równie ogromnego obiektu w Bożkowie; w dawnym pałacu Magnisów również miała powstać nowobogacka siedziba rodowa…

Tutaj, w Rusinowej, też było na co popatrzyć. Dziewięć budynków w stylu barokowym,w tym pałac o powierzchni 2000 m2, wybudowany w latach 1720-1908 przez rodzinę Czettritzów. Później właścicielami byli Zedlitze, Kraussowie, Buttlerowie aż doTielschów – stąd jego zwyczajowa lokalna nazwa: „Tielsch-Schloss”. Po drugiej wojnie światowej mieścił się w nim Zespół Szkół Budowlanych a następnie Miejski Ośrodek Poprawczy. W 2004 r. został sprzedany prywatnemu właścicielowi.

No to go miał. Pan w średnim wieku, zafascynowany zabytkami. Bardzo lubił stare rzeczy i często odwiedzał pchle targi. Właśnie kupił kilka figurek i jakąś pieczęć. Robimy zdjęcia, dziękujemy za rozmowę i kawę i jedziemy dalej.

Minęły lata. Pierwszy właściciel Rusinowej w międzyczasie zbankrutował, o spotkaniach z prokuratorem i jego opowieściach o skarbach też już trochę zdążyliśmy zapomnieć, stąd telefon od niego był pewnego rodzaju zaskoczeniem. Nalegał na spotkanie, mogło być w jego ulubionej Mleczarni.

Tym razem był bardzo oficjalny i prosił o dyskrecję. Otóż zwróciła się do niego o pomoc kancelaria prawna ze Szwajcarii, z bardzo delikatną sprawą. Jeden z ich klientów, który zastrzegł swoje dane, ma w dyspozycji niezwykły artefakt – starą pieczęć Berlina, jaką przybijano na miejskie dokumenty. Ma ona mieć, według właściciela, ogromną wartość, dlatego przemycił ją do Szwajcarii, zdeponował w skrytce jednego z banków i wynajął kancelarię prawną, żeby znalazła nabywcę.

Temat niewątpliwie ciekawy, problemem było jednak to, że Palewski nie miał żadnych bliższych danych o obiekcie ani nawet żadnego zdjęcia; wiedział tylko, że na pieczęci są niedźwiedzie.


Niedźwiedź na pieczęciach i herbach Berlina występuje nieprzerwanie od 1280 r. Zresztą przyjmuje się, że sama nazwa Berlin pochodzi od słowiańskiego słowa „berl” oznaczającego bagno; dopiero później z „berl” zrobił się „Bär”, czyli niedźwiedź i tak już zostało. Na najstarszych pieczęciach, poza misiami i ptaszkiem znajdowały się słowa „Sigillum burgensium de Berlin sum” („Jestem pieczęcią mieszkańców Berlina”). Od 1338 r. napis zmieniono na „Sigillum Sekretum Civitatis Berlin” („Tajna pieczęć miasta Berlin”). Kolejna, ostatnia już zmiana napisu nastąpiła w latach 1447/48, na wniosek Fryderyka II – brzmiała ona, w tłumaczeniu –„Pieczęć starożytnego miasta Berlin”.

W większości pieczęcie się zachowały i przechowywane są w tamtejszych muzeach, chociaż… jeden ze współpracujących z nami historyków zauważył, że któraś z nich miała zostać… skradziona!

Jeżeli to o niej właśnie wspominał nasz prokurator, to mogło być ciekawie. Na kolejnym spotkaniu nic nie wspominaliśmy o kradzieży (nie było o niej ogólnodostępnych informacji) nalegając na jakieś bliższe dane, odcisk lakowy czy zdjęcie. Sugerujemy, że jeżeli pieczęć jest oryginalna, to rzeczywiście ma wielką wartość i to w dziesiątkach tysięcy euro, jak nie więcej. Palewskiemu zaświeciły się przy tych kwotach oczy, bo w końcu jako pośrednik z pewnością liczył na niezłą prowizję. Miał skontaktować się z prowadzącym tę sprawę szwajcarskim adwokatem i dostarczyć coś konkretnego.

Na kolejnym spotkaniu miał już kilka zdjęć w komórce. Widać było na nich obiekt i odcisk lakowy. Trochę niewyraźny, ale czytelny. Jako że były to konkrety można było zająć się sprawą.

Choć jeden z nas zauważył, że gdzieś już coś takiego widział, pytanie tylko gdzie.

***

Badaniami pieczęci zajmuje się sfragistyka. Jednym z uznanych ekspertów w tej dziedzinie jest prof. dr hab. Wojciech Strzyżewski. Od razu zwrócił uwagę na to, że oprawa jest dziewiętnastowieczna, mimo to zgodził się przeanalizować odcisk. Długo to nie trwało – pieczęć okazała się wyrobem okolicznościowym, jakie co jakiś czas pojawiają się w obiegu w Berlinie.

Wartym około 50 - 60 euro.

No i okazało się, że akurat ten przedmiot przed laty sfotografowaliśmy w Rusinowej.



Prokurator był niepocieszony, jak można się domyślać - z powodu zawiedzionych nadziei na prowizję…