Poszukujemy - Odkrywamy

Poszukujemy - Odkrywamy

środa, 12 sierpnia 2026

Na początek...

Blog  Exploratora będzie raczej nietypowy.
Co jakiś czas pojawią się bowiem na nim informacje, które trafiły do redakcyjnego archiwum, ale z różnych przyczyn nasze zespoły badawcze już raczej nimi nie będą się zajmować.

Eksploracją zajmujemy się bowiem od wielu już lat, za nami setki przeróżnych przygód, spotkań i wyjazdów w teren i teraz, jak określił to obrazowo jeden z kolegów, jeżeli za tematem nie przemawiają sensowne dokumenty, to naszych szanownych czterech liter do samochodu, w celu weryfikacji, pakować już raczej nie będziemy.

Poza tym swego czasu Marek Dudziak, założyciel magazynu „Odkrywca”, zwrócił nam uwagę, że jest chyba lepiej kiedy temat „żyje” niż kiedy dogorywa na dnie archiwalnej szuflady…



I jeszcze kilka uwag: 
  • z oczywistych przyczyn musimy utajniać (RODO) nazwiska informatorów,
  • nie interesują nas opinie, czy ktoś uważa zdobyte przez nas informacje za prawdziwe czy nie,
  • jeżeli ktoś chce dołączyć do zabawy prosimy o kontakt mailowy: explorer@ant.biz.pl; podeślemy temat do opracowania (oczywiście inny niż te z bloga), a później zaprosimy do naszej piaskownicy.

Ludzie z „Miasta”. Świat przestępczy na tropie skarbów

 Lata dziewięćdziesiąte były czasem swoistej gorączki poszukiwań dóbr ukrytych pod koniec II wojny światowej. Światek eksploratorów co jakiś czas obiegały zdjęcia wyciągniętych „fantów”, a już oliwy do ognia dodał przypadek z okolic Jeleniej Góry – wracający skrótem do domu po pijaku obywatel utknął jedną nogą w dziurze. Kiedy ją wyswobodził zainteresował się swoim butem, który został na dole, co było dla niego szczęśliwym i nieszczęśliwym trafem. W skrytce, która pod jego ciężarem się zarwała było siedem sztabek złota, świecznik i drogocenna biżuteria. Znalazca ów świecznik i kolię podarował szwagrowi a sztabki (każda o wadze około siedmiu kilogramów) posprzedawał złotnikom. Za uzyskane pieniądze kupił dom sobie i siostrze i zaczął balować. Złoto sprzedawał w Zielonej Górze, żeby być jak najbardziej anonimowym. Problem pojawił się przy jednej z ostatnich sztabek. Złotnik, któremu ją oferował miał jakieś kontakty z przestępcami i przy kolejnej dostawie prosił o przybycie dopiero następnego dnia, rzekomo, żeby mieć czas na zgromadzenie gotówki. Nazajutrz na szczęśliwca czekało dwóch przedstawicieli „miasta” który uprzejmie poprosili o wydanie sztabki i wskazanie miejsca, z którego pochodziła. Wkrótce „siedziały” na nim trzy grupy przestępcze – ze Szczecina, Zielonej i Jeleniej Góry.

Tyle wiemy z dokumentów, do których udało się dotrzeć. Nazwiska owego znalazcy i jego dalszych losów nie udało się ustalić.

 Po rozpoczęciu poszukiwań pierwszego „Złotego pociągu” - w Piechowicach - w tamtej okolicy na początku 1999 r. pojawiło się aż około dwudziestu grup poszukiwawczych, głównie z Wrocławia. Rok wcześniej na Dolnym Śląsku działała, na zlecenie mafii z Bydgoszczy, kompetentna, złożona z dawnych oficerów Służby Bezpieczeństwa, ekipa śledcza. Dotarła ona do praktycznie wszystkich osób znających te sprawy w Jeleniej Górze i okolicy.

Jednym z tematów, którymi się zajmowała były sprawy sprzętowe. Podobnie jak nasi eksperci wysłannicy „miasta” mieli mieszane uczucia co do działania amerykańskiego Omnitrona, ale mimo tego na podstawie jego wskazań jedna z ekip poszukiwawczych pruła górę w Piechowicach, w poszukiwaniu rzekomej sztolni idącej z poziomu drogi, od… góry góry (!).

Oczywiście grupa badawcza Exploratora przeprowadziła swego czasu testy także i tego sprzętu. By było w miarę obiektywnie pożyczono złoty pierścionek od jednej z kobiet, został on zakopany na terenie przypadkowego kawałka lasu i udzielono kobiecie instrukcji, jak urządzenie działa. Otóż wkłada się dwie sondy z cewkami zasilanymi z urządzenia w ziemię, po czym obchodzi je z różczkami hiszpańskimi (też podłączonymi do baterii). Różczki krzyżują się wskazując kierunek poszukiwań. Po kolejnym obchodzie powstaje linia, wzdłuż której idzie się, aż rzeczone różczki ponownie się skrzyżują. W wyniku tego owa kobieta znalazła swój pierścionek z dokładnością do pół metra! Jeden z kolegów skomentował, że to dlatego, iż płeć piękna zawsze znajdzie swoją własność. Inne próby nie były tak efektowne, choć znalezienie w kompletnie nieznanym terenie sporego kawałka blachy zakopanego pół metra pod ziemią zaburzało nasze wątpliwości. Sprzęt daliśmy do przebadania na Politechnikę Wrocławską. Okazało się, że najwartościowszym jego elementem jest torba fotograficzna Canona, skórzana, a w plastykowym pudełku był prosty generator fali prostokątnej. Wskaźnik pokazywał jedynie poziom baterii.


Wracając jednak do wysłanników mafii na Dolny Śląsk – plany mówiły o przekazaniu dwóch zamówionych magnetometrów lokalnym badaczom – dawnemu współpracownikowi SB i dziennikarzowi, by przebadali trzynaście wytypowanych przez nich miejsc. Wysłannicy uznali wówczas, że najciekawszą dokumentację ma Andrzej S. (swego czasu kontaktował się on z Exploratorem i pokazał miejsca znalezisk, dzięki którym kupił sobie dom). O wynikach ich współpracy z przedstawicielami mafiosów w dokumentach nie udało się nic znaleźć.

Niekiedy sprawy kończyły się smutno – tak jak Romana J. który miał dokopać się do skarbów w Bolkowie (wywieziono ponad pięćset ciężarówek urobku) i został zastrzelony pod swoim domem w Kowarach. Ponoć dlatego, że kasę wytracił, a złota nie znalazł.

Minęły lata, „ludzie z miasta” zniknęli z pierwszych stron gazet. Ale chyba nie do końca – jeden z naszych współpracowników po kolejnej zmianie władzy został zaproszony do ministerstwa w sprawie odzyskiwania zaginionych dóbr kultury. Wrócił zdruzgotany – przedstawiciel ministerstwa nie ukrywał, że mogą przyjąć patronat, ale na zasadzie, że za każde włożone dziesięć złotych będzie uzysk rzędu tysiąca. Jako prowizja do kieszeni urzędnika.

Tyle nie dają żadne giełdy. A zwłaszcza nie dają eksploratorzy.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Skarby Prokuratora: część czwarta - Riese

Tematem Gór Sowich raczej się nie zajmujemy. Za wielu tam ekspertów, za mało szczegółowych danych i ogólnie zbyt tłoczno. Nie mówiąc o mnogości teorii, z UFO na czele. Wyjątkiem przez jakiś czas był zamek Książ, gdzie przeprowadziliśmy badania podziemi i samego zamku zakończone przekazaniem do administracji opracowania wskazującego jakie było planowane przez nazistów przeznaczenie obiektu  i w którym miejscu ewentualnie można czegoś ciekawego poszukać. Jako że obalona zostały w nim większość sensacyjnych teorii, opracowanie zostało zamknięte na dnie szafy, bo zamki przecież żyją tajemnicami i duchami wałęsającymi się nocą, przy brzęku kajdan i chybotliwych płomieni świec, a nie jakimiś tam realiami.

Prokurator Palewski (nazwisko, jak już wspominaliśmy zmienione) w trakcie swojej pracy na Górnym i Dolnym Śląsku natrafiał między innymi na różne ciekawe sprawy związane z II wojną światową a jednym z tematów, związanych z nim osobiście, było także „Riese”.

Bowiem jego Ojciec Bronisław skończył przed wojną szkołę oficerską, ale nie zdążył otrzymać patentu – wybuchła wojna. Został strzelcem ciężkiego karabinu maszynowego i podobno w pierwszych dniach wojny skosił, jako pierwszy, trzech Niemców na raz. Podczas okupacji był dowódcą oddziału Armii Krajowej a po zakończeniu działań, w 1945 r, osiadł w Piławie Górnej. Były to pierwsze dni wolności - mieszkający tam jeszcze Niemcy mieszkali na dole, a Polacy na górze tamtejszych domów; na piętrach przygotowywano stanowiska ogniowe – mieszkańcom zagrażali maruderzy rosyjscy i niemieccy. W Piławie Górnej stacjonowało też wówczas jakieś dowództwo radzieckie. Była tam gazownia i popsuł się jeden z silników elektrycznych. Rosjanie zabrali Bronisława, jako fachowca od elektryki, i zawieźli w góry, a po przejechaniu jakiegoś mostka, zawiązali oczy i wjechali do podziemi. Po, jak oceniał, około dziesięciu minutach od wjazdu dotarli do sporej, mocno oświetlonej hali, w której na regałach stała duża ilość silników elektrycznych. Jako, że nie wiadomo było który będzie pasował zabrano kilka i samochód wyjechał inną drogą – w pewnym momencie przejechali pod mocno szumiącym w podziemiach wodospadem i wyjechali w innym niż wjeżdżali miejscu – być może nawet w innej miejscowości. Później pojechali tam jeszcze raz, bo okazało się, że przywiezione silniki nie pasowały – do pomocy wzięto jakiegoś inżyniera – Niemca czy Rosjanina.


Palewski stwierdził, że może nam pokazać, gdzie ma być ta sztolnia, przez którą wjeżdżał jego ojciec. Na miejscu zaprowadził nas do… kompleksu Jawornik.

Raczej jest mało prawdopodobne, by tam mógł wjeżdżać w głąb góry samochód z jego ojcem - sztolnie nie są wystarczająco szerokie.

Ale być może któremuś z badaczy Riese ta krótka informacja powie coś więcej?

czwartek, 2 kwietnia 2026

Skarby Prokuratora: część trzecia - pieczęć

Zanim na scenie ponownie pojawi się prokurator Palewski (nazwisko zmienione), musimy powrócić do jednego z dosyć dawnych wyjazdów weryfikacyjnych w pobliże Wałbrzycha. Jeden z kolegów zasugerował wówczas wizytę u znajomego przedsiębiorcy, który kupił spory zabytkowy obiekt w okolicy i zaprasza na wizytę.

Dlaczego nie – dodatkowa kawa nigdy nie zaszkodzi. No, może niektórym, ale oni pijają wyłącznie herbatę.

Pałac, do którego wstąpiliśmy, kupił jeden z lokalnych biznesmenów z intencją, że powstanie tu jego siedziba rodowa. Jako że obiekt jest ogromny, zdążył odremontować jedynie oficynę po prawej stronie. Plany inwestycyjne miał odważne – w końcu całość zajmowała powierzchnię (pałac i oficyny) około 5000 m2. Pokiwaliśmy ze zrozumieniem głowami życząc sukcesu i optymizmu, bo swego czasu podobne opowieści słyszeliśmy od właściciela równie ogromnego obiektu w Bożkowie; w dawnym pałacu Magnisów również miała powstać nowobogacka siedziba rodowa…

Tutaj, w Rusinowej, też było na co popatrzyć. Dziewięć budynków w stylu barokowym,w tym pałac o powierzchni 2000 m2, wybudowany w latach 1720-1908 przez rodzinę Czettritzów. Później właścicielami byli Zedlitze, Kraussowie, Buttlerowie aż doTielschów – stąd jego zwyczajowa lokalna nazwa: „Tielsch-Schloss”. Po drugiej wojnie światowej mieścił się w nim Zespół Szkół Budowlanych a następnie Miejski Ośrodek Poprawczy. W 2004 r. został sprzedany prywatnemu właścicielowi.

No to go miał. Pan w średnim wieku, zafascynowany zabytkami. Bardzo lubił stare rzeczy i często odwiedzał pchle targi. Właśnie kupił kilka figurek i jakąś pieczęć. Robimy zdjęcia, dziękujemy za rozmowę i kawę i jedziemy dalej.

Minęły lata. Pierwszy właściciel Rusinowej w międzyczasie zbankrutował, o spotkaniach z prokuratorem i jego opowieściach o skarbach też już trochę zdążyliśmy zapomnieć, stąd telefon od niego był pewnego rodzaju zaskoczeniem. Nalegał na spotkanie, mogło być w jego ulubionej Mleczarni.

Tym razem był bardzo oficjalny i prosił o dyskrecję. Otóż zwróciła się do niego o pomoc kancelaria prawna ze Szwajcarii, z bardzo delikatną sprawą. Jeden z ich klientów, który zastrzegł swoje dane, ma w dyspozycji niezwykły artefakt – starą pieczęć Berlina, jaką przybijano na miejskie dokumenty. Ma ona mieć, według właściciela, ogromną wartość, dlatego przemycił ją do Szwajcarii, zdeponował w skrytce jednego z banków i wynajął kancelarię prawną, żeby znalazła nabywcę.

Temat niewątpliwie ciekawy, problemem było jednak to, że Palewski nie miał żadnych bliższych danych o obiekcie ani nawet żadnego zdjęcia; wiedział tylko, że na pieczęci są niedźwiedzie.


Niedźwiedź na pieczęciach i herbach Berlina występuje nieprzerwanie od 1280 r. Zresztą przyjmuje się, że sama nazwa Berlin pochodzi od słowiańskiego słowa „berl” oznaczającego bagno; dopiero później z „berl” zrobił się „Bär”, czyli niedźwiedź i tak już zostało. Na najstarszych pieczęciach, poza misiami i ptaszkiem znajdowały się słowa „Sigillum burgensium de Berlin sum” („Jestem pieczęcią mieszkańców Berlina”). Od 1338 r. napis zmieniono na „Sigillum Sekretum Civitatis Berlin” („Tajna pieczęć miasta Berlin”). Kolejna, ostatnia już zmiana napisu nastąpiła w latach 1447/48, na wniosek Fryderyka II – brzmiała ona, w tłumaczeniu –„Pieczęć starożytnego miasta Berlin”.

W większości pieczęcie się zachowały i przechowywane są w tamtejszych muzeach, chociaż… jeden ze współpracujących z nami historyków zauważył, że któraś z nich miała zostać… skradziona!

Jeżeli to o niej właśnie wspominał nasz prokurator, to mogło być ciekawie. Na kolejnym spotkaniu nic nie wspominaliśmy o kradzieży (nie było o niej ogólnodostępnych informacji) nalegając na jakieś bliższe dane, odcisk lakowy czy zdjęcie. Sugerujemy, że jeżeli pieczęć jest oryginalna, to rzeczywiście ma wielką wartość i to w dziesiątkach tysięcy euro, jak nie więcej. Palewskiemu zaświeciły się przy tych kwotach oczy, bo w końcu jako pośrednik z pewnością liczył na niezłą prowizję. Miał skontaktować się z prowadzącym tę sprawę szwajcarskim adwokatem i dostarczyć coś konkretnego.

Na kolejnym spotkaniu miał już kilka zdjęć w komórce. Widać było na nich obiekt i odcisk lakowy. Trochę niewyraźny, ale czytelny. Jako że były to konkrety można było zająć się sprawą.

Choć jeden z nas zauważył, że gdzieś już coś takiego widział, pytanie tylko gdzie.

***

Badaniami pieczęci zajmuje się sfragistyka. Jednym z uznanych ekspertów w tej dziedzinie jest prof. dr hab. Wojciech Strzyżewski. Od razu zwrócił uwagę na to, że oprawa jest dziewiętnastowieczna, mimo to zgodził się przeanalizować odcisk. Długo to nie trwało – pieczęć okazała się wyrobem okolicznościowym, jakie co jakiś czas pojawiają się w obiegu w Berlinie.

Wartym około 50 - 60 euro.

No i okazało się, że akurat ten przedmiot przed laty sfotografowaliśmy w Rusinowej.



Prokurator był niepocieszony, jak można się domyślać - z powodu zawiedzionych nadziei na prowizję…

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Skarby prokuratora - część druga: piwnica

Prokurator Palewski (nazwisko zmienione) lubi piwo. Na przykład w kultowej wrocławskiej Mleczarni. Lubi poopowiadać o swoich ustaleniach i na dodatek nieco nam ufa - o tym będzie w następnym odcinku.

Na razie skupia się na opowieści faceta, któremu swego czasu pomógł – Ślązaka, którego nazwiska najpierw za bardzo nie pamięta, ale na kolejnym spotkaniu sobie przypomina – Sosinka. Konrad Sosinka. SS-man.

To zapewne dlatego że był SS-manem w archiwach zachowały się dokumenty na jego temat, do których dotarł Piotr Maszkowski – jego artykuł ma datę 18 lutego 2013 r. W związku z tym, że sprawę opisał dosyć wyczerpująco – posilimy się fragmentami jego artykułu dopisując kontekst wprowadzony przez prokuratora.

Maszkowski:„Urodzony w Beuthen na Śląsku Scharführer Konrad Sosinka miał sporo szczęścia. Na początku wojny jako 19-latek wstąpił do SS, otrzymując stosunkowo bezpieczną posadę. Został kierowcą Sturmbannführera Ledewiga stacjonującego przez większość wojny w Kętrzynie. Dopiero we wrześniu 1944 trafił z głębokiego zaplecza frontu do Francji”.

Prokurator: Sosinka twierdził, że w szeregi SS wstąpił w wieku 18 lat. Po przeszkoleniu został kurierem – woził teczki z dokumentami organizacji po całej Europie. Nie była to zbyt wyczerpująca służba - czasami nudził się przez tydzień czy dwa bez jakichkolwiek zadań, a czasem przez kilkanaście dni pod rząd jeździł z dokumentami. Z czasem trafił do Wolfschanze i zamieszkał w koszarach w trzeciej strefie ochrony. Tu miał jeszcze mniej roboty. Z nudów zachodził często do znanej żołnierzom (choć twierdził też, że wówczas jedynej) gospody w Kętrzynie.


Maszkowski:„W czasie pobytu w Kętrzynie rozmówca zaprzyjaźnił się z rodziną Hempel, posiadającą duży wielobranżowy sklep oraz restaurację i kawiarnię, a nawet pretendował do ręki córki Hemplów – Margaret”. I to mu się udało, ale nie bez kłopotów.

Prokurator: Restaurację prowadził Carl Hempel, który podobno był też jakimś funkcyjnym urzędnikiem (Landratem?). Problem w zawarciu małżeństwa był taki, że jedna z babek Margaret nie była „czystą” Aryjką. Ponadto ona była ewangeliczką a on katolikiem. Wszystko rozwiązał znajomy pastor po prostu udzielając im ślubu – świadkami byli jego koledzy z SS i rodzice dziewczyny.

Czasy zwycięstw niemieckich w końcu minęły, front był coraz bliżej. Hempel, zamożny przecież, zaczął się obawiać o swój majątek.

Maszkowski:„Dyskretnie więc, przy pomocy przyszłego zięcia, ukrył najcenniejsze kosztowności jakie posiadał (…).

Wkrótce front przetoczyłsię przez tamte okolice, wojna się skończyła.

Wiele lat później, w kwietniu 1973 r. w Kętrzynie pojawił się brat Margaret.

W aktach sprawy o jednoznacznie brzmiącym kryptonimie: "Skarb" jest zapis meldunku złożonego przez tajnego współpracownika kętrzyńskiej bezpieki o pseudonimie "Ira". Okazało się bowiem, że brat Margaret natknął się na mieszkańca dawnej kamienicy Hampela, który był akurat informatorem Służby Bezpieczeństwa.

Prowadzący„Irę” niejaki kapitan Skiba miał jednak pewne zastrzeżenia co do wiarygodności autora doniesienia i przytoczonych przez niego faktów: "Tw ps. "Ira" jęz. niemiecki zna biegle i miał możliwość podsłuchać i zrozumieć treść prowadzonej rozmowy w piwnicy. Pomimo to, należy się liczyć z tym, że rozmówca (T-w) jest znany z chwalenia się, ze stwarzania fantazji, dlatego też część informacji o rzekomych tunelach od budynku (...) do kościoła i zamku, gdzie rzekomo mają być ukryte skarby, ewentualnie dokumenty, może być wyobraźnią Tw”.

Do zbadania sprawy został oddelegowany inspektor operacyjny z Wydziału d/s SB Komendy Powiatowej MO w Kętrzynie ppor. Waldemar Stankiewicz.

Dochodzenie rozpoczęło się od wizji lokalnej, która została przeprowadzona z udziałem Tw. ps. "Ira", w kamienicy i znajdującej się pod nią piwnicy.


"Lustrowane piwnice są rozczłonkowane i mają kształt starych lochów. Między piwnicą nr 6, a głównym piwnicznym korytarzem znajduje się ściana grubości ponad 1,5 m, na tej ścianie od strony korytarza znajduje się niewielka i płytka nisza, przy której są świeże ślady zdrapywania tynku, wg słów "Ira" tynk ten został zeskrobany przez osobników, którzy byli tam w dniu 6 kwietnia 1973 r. i sprawdzali, czy to jest stary tynk" (…). We wskazanym przez b. Tw. "Ira" miejscu, zostało dokonane przebicie ściany na głębokości 75 cm (ściana ma grubość ok. 2 m), przebicia dokonywano z wnęki w ścianie głębokości 25 cm”.

W czasie tej weryfikacji nie zauważono, by znajdowało się tam jakiekolwiek wejście do ukrytego korytarza. „Nadmienić należy, że piwnica przedmiotowego budynku jest dwupoziomowa z tym, że poziom dolny jest zasypany gruzem, gruzem są zasypane również części piwnicznych korytarzy wychodzące na zewnątrz budynku. W czasie przebijania ściany na głębokości ok. 0,5 m znaleziono w niej kości i kawałek talerza fajansowego. Dalszych przebić nie dokonywano z obawy by nie spowodować uszkodzenia budynku".

Służbie Bezpieczeństwa udało się ustalić powiązania rodzinne Hampelów i natrafiono na Sosinkę. Postanowiono go przesłuchać.

"K. Sosinka naszkicował plan określając miejsce zamurowania wejścia. Po udaniu się do piwnic przedmiotowego domu, wskazał miejsce określając, że za murem będzie znajdowała się nisza. Rozbicie ścianki niszy zaprowadzi do piwnic II-ej kondygnacji. Istotnie po przebiciu ściany grubości ok. 80 cm znajdowała się nisza. Po przebiciu drugiej ścianki okazało się, że wejście prawdopodobnie jest zawalone gruzem i piachem. Wg wskazówek K.S. próbowano przebijać strop piwnicy. Te czynności również nie dały rezultatu. Przez około 1,7 m w głąb ciągnął się piasek pochodzenia lodowcowego. Fakt, że piwnice są dwukondygnacyjne potwierdził się, gdyż odkryto w piwnicy oznaczonej nr 1 właz i osiem schodków prowadzących w głąb. Jednak odkryte pomieszczenie zawalone było gruzem z okresu odbudowy i adaptacji budynku. Napotkano również na trudności wynikające z zagruzowania znacznej części piwnic właśnie z okresu odbudowy. Wobec powyższego, odstąpiono od dalszych poszukiwań i penetracji do czasu wyjaśnienia niektórych sprzeczności, jakie zarysowały się pomiędzy relacją K. Sosinki, a stanem faktycznym piwnic”.

„W lutym 1975 roku, po ponownym przeanalizowaniu materiałów sprawy, kętrzyńskie SB planowało, już na własną rękę, bez udziału Sosinki, przeprowadzić kolejne odwierty przy pomocy bardziej wydajnych wierteł. Przygotowano nawet szczegółowy plan działań i szkic techniczny podziemi. Nie wydaje się jednak by je kiedykolwiek zrealizowano”.

Prokurator: Po ślubie ojciec dziewczyny zawołał go do pomocy i poznania tajemnicy: pod knajpą była piwnica zastawiona meblami a pod nią druga – podobno po Krzyżakach - wchodziło się do niej po kręconych schodach,a połączenie z niej miało być aż do kościoła i klasztoru.

Kiedy znosili tam skrzynie – jedna upadła i wysypało się sporo kamieni szlachetnych. Obrazy Rubensa i Rembrandta wycinali i chowali zwinięte w potężnych gilzach artyleryjskich, które później zalutowywali. Po zniesieniu kilkunastu skrzyń do piwnicy pozostawiali tam liczne pułapki minerskie i wszystko zamurowali.

Jak zbliżył się front matka Margaret weszła na wieżę i rzuciła się w dół. Carl Hempel uciekając ciężarówką z meblami i częścią majątku zginął podczas bombardowania w pobliżu Poznania, a Margaret dostała pomieszania zmysłów i odwieziono ją do ich drugiego domu w górach Harzu. Tam później zmarła w domu dla psychicznie chorych. Sam Sosinka, jako że miał ślady po tatuażu SS który próbował wywabić, został zesłany na Kołymę i dopiero po śmierci Stalina zwolniony do domu.

Z czasem zaczął pracę w energetyce na Śląsku i powtórnie ożenił się.

Jednak zamaskowane ukrycie nie dawało mu spokoju i w końcu zdecydował się pojechać do Kętrzyna zobaczyć, jak to wygląda. W domu mieszkali jacyś ludzie, a chciał przecież zobaczyć piwnicę. Wrzucił zatem drogą zapalniczkę Ronsona do kratki piwnicznej i pod pozorem jej poszukiwania - że niby jest pamiątkowa – został wpuszczony na dół. Pamiętał, że była to jedna duża przestrzeń, ale obecnie była poprzedzielana ściankami i nie mógł poznać miejsca. Twierdził jednak, że skoro Rynek jest cały, to znaczy, że nikt do ukrycia nie wszedł, bo wówczas zdetonowałby pułapki i byłyby ślady po wybuchu.


I na tym historia poszukiwań się skończyła.

Wejście do krzyżackich podziemi było z boku szerokiej kolumny w piwnicy.

Po lewej stronie tej kolumny.