Zanim na scenie ponownie pojawi się prokurator Palewski (nazwisko zmienione), musimy powrócić do jednego z dosyć dawnych wyjazdów weryfikacyjnych w pobliże Wałbrzycha. Jeden z kolegów zasugerował wówczas wizytę u znajomego przedsiębiorcy, który kupił spory zabytkowy obiekt w okolicy i zaprasza na wizytę.
Dlaczego nie –
dodatkowa kawa nigdy nie zaszkodzi. No, może niektórym, ale oni pijają
wyłącznie herbatę.
Pałac, do którego
wstąpiliśmy, kupił jeden z lokalnych biznesmenów z intencją, że powstanie tu jego
siedziba rodowa. Jako że obiekt jest ogromny, zdążył odremontować jedynie
oficynę po prawej stronie. Plany inwestycyjne miał odważne – w końcu całość zajmowała
powierzchnię (pałac i oficyny) około 5000 m2. Pokiwaliśmy ze
zrozumieniem głowami życząc sukcesu i optymizmu, bo swego czasu podobne
opowieści słyszeliśmy od właściciela równie ogromnego obiektu w Bożkowie; w
dawnym pałacu Magnisów również miała powstać nowobogacka siedziba rodowa…
Tutaj, w Rusinowej,
też było na co popatrzyć. Dziewięć budynków w stylu barokowym,w tym pałac o
powierzchni 2000 m2, wybudowany w latach 1720-1908 przez rodzinę
Czettritzów. Później właścicielami byli Zedlitze, Kraussowie, Buttlerowie aż
doTielschów – stąd jego zwyczajowa lokalna nazwa: „Tielsch-Schloss”. Po drugiej
wojnie światowej mieścił się w nim Zespół Szkół Budowlanych a następnie Miejski
Ośrodek Poprawczy. W 2004 r. został sprzedany prywatnemu właścicielowi.
No to go miał. Pan w
średnim wieku, zafascynowany zabytkami. Bardzo lubił stare rzeczy i często
odwiedzał pchle targi. Właśnie kupił kilka figurek i jakąś pieczęć. Robimy
zdjęcia, dziękujemy za rozmowę i kawę i jedziemy dalej.
Minęły lata.
Pierwszy właściciel Rusinowej w międzyczasie zbankrutował, o spotkaniach z prokuratorem
i jego opowieściach o skarbach też już trochę zdążyliśmy zapomnieć, stąd
telefon od niego był pewnego rodzaju zaskoczeniem. Nalegał na spotkanie, mogło
być w jego ulubionej Mleczarni.
Tym razem był bardzo
oficjalny i prosił o dyskrecję. Otóż zwróciła się do niego o pomoc kancelaria
prawna ze Szwajcarii, z bardzo delikatną sprawą. Jeden z ich klientów, który
zastrzegł swoje dane, ma w dyspozycji niezwykły artefakt – starą pieczęć
Berlina, jaką przybijano na miejskie dokumenty. Ma ona mieć, według właściciela,
ogromną wartość, dlatego przemycił ją do Szwajcarii, zdeponował w skrytce jednego
z banków i wynajął kancelarię prawną, żeby znalazła nabywcę.
Temat niewątpliwie
ciekawy, problemem było jednak to, że Palewski nie miał żadnych bliższych danych o
obiekcie ani nawet żadnego zdjęcia; wiedział tylko, że na pieczęci są
niedźwiedzie.
Niedźwiedź na
pieczęciach i herbach Berlina występuje nieprzerwanie od 1280 r. Zresztą
przyjmuje się, że sama nazwa Berlin pochodzi od słowiańskiego słowa „berl”
oznaczającego bagno; dopiero później z „berl” zrobił się „Bär”, czyli niedźwiedź i tak już zostało. Na najstarszych pieczęciach, poza misiami i ptaszkiem znajdowały się słowa
„Sigillum burgensium de Berlin sum” („Jestem pieczęcią mieszkańców Berlina”).
Od 1338 r. napis zmieniono na „Sigillum Sekretum Civitatis Berlin” („Tajna
pieczęć miasta Berlin”). Kolejna, ostatnia już zmiana napisu nastąpiła w latach
1447/48, na wniosek Fryderyka II – brzmiała ona, w tłumaczeniu –„Pieczęć
starożytnego miasta Berlin”.
W większości
pieczęcie się zachowały i przechowywane są w tamtejszych muzeach, chociaż…
jeden ze współpracujących z nami historyków zauważył, że któraś z nich miała
zostać… skradziona!
Jeżeli to o niej właśnie
wspominał nasz prokurator, to mogło być ciekawie. Na kolejnym spotkaniu nic nie
wspominaliśmy o kradzieży (nie było o niej ogólnodostępnych informacji) nalegając
na jakieś bliższe dane, odcisk lakowy czy zdjęcie. Sugerujemy, że jeżeli pieczęć
jest oryginalna, to rzeczywiście ma wielką wartość i to w dziesiątkach tysięcy
euro, jak nie więcej. Palewskiemu zaświeciły się przy tych kwotach oczy, bo w
końcu jako pośrednik z pewnością liczył na niezłą prowizję. Miał skontaktować
się z prowadzącym tę sprawę szwajcarskim adwokatem i dostarczyć coś
konkretnego.
Na kolejnym
spotkaniu miał już kilka zdjęć w komórce. Widać było na nich obiekt i odcisk
lakowy. Trochę niewyraźny, ale czytelny. Jako że były to konkrety można było zająć
się sprawą.
Choć jeden z nas zauważył,
że gdzieś już coś takiego widział, pytanie tylko gdzie.
***
Badaniami pieczęci zajmuje się sfragistyka. Jednym z uznanych ekspertów w tej dziedzinie jest prof. dr hab. Wojciech Strzyżewski. Od razu zwrócił uwagę na to, że oprawa jest dziewiętnastowieczna, mimo to zgodził się przeanalizować odcisk. Długo to nie trwało – pieczęć okazała się wyrobem okolicznościowym, jakie co jakiś czas pojawiają się w obiegu w Berlinie.
Wartym około 50 - 60 euro.
No i okazało się, że akurat ten przedmiot przed laty sfotografowaliśmy w Rusinowej.
Prokurator był niepocieszony, jak można się domyślać - z
powodu zawiedzionych nadziei na prowizję…