Lata dziewięćdziesiąte były czasem swoistej gorączki
poszukiwań dóbr ukrytych pod koniec II wojny światowej. Światek eksploratorów
co jakiś czas obiegały zdjęcia wyciągniętych „fantów”, a już oliwy do ognia
dodał przypadek z okolic Jeleniej Góry – wracający skrótem do domu po pijaku
obywatel utknął jedną nogą w dziurze. Kiedy ją wyswobodził zainteresował się
swoim butem, który został na dole, co było dla niego szczęśliwym i nieszczęśliwym
trafem. W skrytce, która pod jego ciężarem się zarwała było siedem sztabek
złota, świecznik i drogocenna biżuteria. Znalazca ów świecznik i kolię
podarował szwagrowi a sztabki (każda o wadze około siedmiu kilogramów)
posprzedawał złotnikom. Za uzyskane pieniądze kupił dom sobie i siostrze i zaczął
balować. Złoto sprzedawał w Zielonej Górze, żeby być jak najbardziej anonimowym.
Problem pojawił się przy jednej z ostatnich sztabek. Złotnik, któremu ją
oferował miał jakieś kontakty z przestępcami i przy kolejnej dostawie prosił o
przybycie dopiero następnego dnia, rzekomo, żeby mieć czas na zgromadzenie
gotówki. Nazajutrz na szczęśliwca czekało dwóch przedstawicieli „miasta” który
uprzejmie poprosili o wydanie sztabki i wskazanie miejsca, z którego pochodziła.
Wkrótce „siedziały” na nim trzy grupy przestępcze – ze Szczecina, Zielonej i
Jeleniej Góry.

Tyle wiemy z dokumentów, do których udało się dotrzeć.
Nazwiska owego znalazcy i jego dalszych losów nie udało się ustalić.
Po rozpoczęciu poszukiwań pierwszego „Złotego pociągu” - w
Piechowicach - w tamtej okolicy na początku 1999 r. pojawiło się aż około
dwudziestu grup poszukiwawczych, głównie z Wrocławia. Rok wcześniej na Dolnym Śląsku działała, na zlecenie mafii z Bydgoszczy,
kompetentna, złożona z dawnych oficerów Służby Bezpieczeństwa, ekipa śledcza.
Dotarła ona do praktycznie wszystkich osób znających te sprawy w Jeleniej Górze
i okolicy.
Jednym z tematów, którymi się zajmowała były sprawy
sprzętowe. Podobnie jak nasi eksperci wysłannicy „miasta” mieli mieszane uczucia
co do działania amerykańskiego Omnitrona, ale mimo tego na podstawie jego
wskazań jedna z ekip poszukiwawczych pruła górę w Piechowicach, w poszukiwaniu
rzekomej sztolni idącej z poziomu drogi, od… góry góry (!).
Oczywiście grupa badawcza Exploratora przeprowadziła swego
czasu testy także i tego sprzętu. By było w miarę obiektywnie pożyczono złoty
pierścionek od jednej z kobiet, został on zakopany na terenie przypadkowego
kawałka lasu i udzielono kobiecie instrukcji, jak urządzenie działa. Otóż
wkłada się dwie sondy z cewkami zasilanymi z urządzenia w ziemię, po czym
obchodzi je z różczkami hiszpańskimi (też podłączonymi do baterii). Różczki
krzyżują się wskazując kierunek poszukiwań. Po kolejnym obchodzie powstaje
linia, wzdłuż której idzie się, aż rzeczone różczki ponownie się skrzyżują. W
wyniku tego owa kobieta znalazła swój pierścionek z dokładnością do pół metra!
Jeden z kolegów skomentował, że to dlatego, iż płeć piękna zawsze znajdzie
swoją własność. Inne próby nie były tak efektowne, choć znalezienie w
kompletnie nieznanym terenie sporego kawałka blachy zakopanego pół metra pod
ziemią zaburzało nasze wątpliwości. Sprzęt daliśmy do przebadania na
Politechnikę Wrocławską. Okazało się, że najwartościowszym jego elementem jest
torba fotograficzna Canona, skórzana, a w plastykowym pudełku był prosty
generator fali prostokątnej. Wskaźnik pokazywał jedynie poziom baterii.

Wracając jednak do wysłanników mafii na Dolny Śląsk – plany
mówiły o przekazaniu dwóch zamówionych magnetometrów lokalnym badaczom –
dawnemu współpracownikowi SB i dziennikarzowi, by przebadali trzynaście wytypowanych
przez nich miejsc. Wysłannicy uznali wówczas, że najciekawszą dokumentację ma
Andrzej S. (swego czasu kontaktował się on z Exploratorem i pokazał miejsca
znalezisk, dzięki którym kupił sobie dom). O wynikach ich współpracy z
przedstawicielami mafiosów w dokumentach nie udało się nic znaleźć.
Niekiedy sprawy kończyły się smutno – tak jak Romana J.
który miał dokopać się do skarbów w Bolkowie (wywieziono ponad pięćset
ciężarówek urobku) i został zastrzelony pod swoim domem w Kowarach. Ponoć
dlatego, że kasę wytracił, a złota nie znalazł.
Minęły lata, „ludzie z miasta” zniknęli z pierwszych stron
gazet. Ale chyba nie do końca – jeden z naszych współpracowników po kolejnej
zmianie władzy został zaproszony do ministerstwa w sprawie odzyskiwania
zaginionych dóbr kultury. Wrócił zdruzgotany – przedstawiciel ministerstwa nie
ukrywał, że mogą przyjąć patronat, ale na zasadzie, że za każde włożone
dziesięć złotych będzie uzysk rzędu tysiąca. Jako prowizja do kieszeni
urzędnika.
Tyle nie dają żadne giełdy. A zwłaszcza nie dają eksploratorzy.